Józef Ko­peć

Dziennik podróży – po zesła­niu na Sy­be­rię

 

PRZEDMOWA ADAMA MICKIEWICZA (Literatura Słowiańska)

Literatura pielgrzymia Polski rozwija się w Legionach. Trzeba nam przenieść się myślą bar­dzo da­leko, z Włoch prze­le­cieć na ostat­ni kraniec północy, w Syberii szukać drugiej zakra­jowej lite­ratury pol­skiej, którą na­zwiemy zsył­kową.

Licz­ba Polaków zsyłanych to jest wywożonych w głąb Rosji i na Sy­berię pomna­żała się co dzień. Pisma ich, a nade wszystko uczu­cia którymi tchnęli , rozkrze­wiły się pomału w kraju. Można na­wet powie­dzieć, ze lite­ra­tura zsyłkowa szła w kie­runku pro­stym myśli na­rodo­wej. Znakomici mę­żowie wieku przeszłego, Zału­ski, Rze­wu­ski, w Kałudze pi­sali swoje dzieła; bi­skup Sołtyk z wy­gnania przy­wiózł swoje odezwy. W tej to literatu­rze zsył­kowej znaj­duje się także źró­dło głębo­kiego smutku, który później ob­leka całą litera­turę pol­ską. Sybe­ria po­chłaniała wszyst­kich patrio­tów opor­nych rzą­dowi ro­syj­skiemu, wszyst­kich podej­rza­nych o za­miary po­ru­szenia kraju, albo o chęć połą­czenia się z bracią za granicą. Pierw­szy raz wtedy usły­szano w Polsce na­zwi­sko Sy­berii i od­tąd ten wyraz Sy­bir, stał się po­wszednim, jako ciągle przy­tomna Pola­kom groźba. Każdy z nich odważa­jąc się na jaki zamiar nie­bez­pieczny, musi pomyśleć o Sy­bi­rze.

Syberia, tak oddalona i zupełnie obca, wchodzi dopiero w dziedzinę poezji pol­skiej, za­stę­puje w niej Tartar sta­ro­żyt­nych, albo owe piekło wieków średnich, które Dante tak do­brze opisał. W każ­dej książce tegocze­snej lite­ratury pol­skiej, znaj­duje się wzmian­ka o Syberii; są wyborne opisy mę­czarni Polaków; mamy na­wet jedno dzieło Słowac­kiego, którego cały przed­miot roz­wi­ja się w Sy­be­rii: trzeba więc po­wie­dzieć nieco o tym kraju.

Wedle wiadomości podawanych przez jeografów i geologów, kraj ten rozległy między gó­rami Ałtaj­skimi, Ural­skimi i mo­rzem Bia­łym, za­wiera 500,000 mil kwa­dratowych. Prócz róż­nych po­działów zmienia­jących się czę­sto, dzieli się na dwa obwody wo­jen­ne: Tobol­ski i Ochocki, każdy z osobna większy od całej Fran­cji. Pierw­sza z tych części zdo­byta została przez bandę ko­zacka za czasów Iwana; druga odkryło i opa­nowało dwu­dziestu kilku ko­za­ków przypad­kiem zabłąka­nych na półwy­sep Kam­czat­ki. Założyli oni tam stanowisko woj­skowe, dali o tym ra­port rzą­dowi i odtąd Kam­czatka we­szła w liczbę posiadłości rosyj­skich.

Mieszkańcy tych krajów należą do plemienia uralskiego, a znani są pod nazwi­skiem Ja­ku­tów i Ostjaków. Zo­stają oni do dziś dnia nie­podlegli, o czym prawie nikt nie wie. Rosja przywłaszczyła sobie ziemie, ale lud­ność zacho­wała swoje oby­czaje i swo­bo­dy dzikie. Kil­kadziesiąt tysięcy Euro­pejczyków osiadło na wiel­kich drogach dla pilno­wania stano­wisk wojen­nych i nie­których portów, a krajowcy tak mało dbają o to, że pułki rosyjskie przecho­dzą przez ich stepy, jak ryby, że cza­sem okręt li­niowy po wierz­chu morza z szu­mem prze­pły­nie. Czuchczy , prawdziwi beduini tych pustyń lodowa­tych, wy­mie­niają u Ro­sjan na wódkę i tytoń swoje pro­dukty, które urzęd­nicy ro­syjscy bę­dący za­razem kup­cami, przyj­mują niby jako da­ninę. Wszystkie ludy ta­mecz­ne wiedzą to jednak, że jest car, ja­kiś tajem­ni­czy i straszny władca pół­nocy. Gu­ber­natoro­wie i tłuma­cze mówiąc z na­czel­nikami hord o swoim carze, pokazują im herb Rosji, orła dar­tego, a ci są prze­ko­nani, że to portret cara, że ów car jakiś dzi­wotwór, istotnie ma dwie głowy, skrzydła, szpony, i trzyma świat w swym ręku. Po­nieważ zaś radzi być w pokoju ze wszy­stki­mi bo­żysz­czami, przy­noszą i temu bó­stwu mały po­da­tek.

Ludność europejska zamieszkała przy drogach i portach, składa się cała z krymi­nalistów rosyj­skich, z więź­niów poli­tycz­nych i jeń­ców wojennych rozmaitych naro­dów, Szwedów, Prusaków Francuzów, któ­rych rząd nie chciał wymie­nić a na­wet choćby chciał, trudno by­łoby wyszukać na tej przestrzeni nie­zmiernej; ale po­łowę prawie lud­no­ści cu­dzoziem­skiej stano­wią sami Po­la­cy. Wedle rachunku ro­bio­nego przez nie­któ­rych z reje­strów urzędo­wych, od po­czątku wojen za Ka­ta­rzyny i Sta­ni­sława Au­gusta, wywie­ziono na Sy­bir przeszło sto tysięcy szlachty polskiej. Szlachta szcze­gól­niej do­tknięta jest ta plagą. Z wy­sła­nych rzad­ko kto powraca na­zad, i tak upo­wszechniło się prze­konanie o niepo­do­bień­stwie po­wrotu, ze ska­zani że­gna­jąc krewnych i przy­ja­ciół, zwykle mó­wią: "bogdajby­śmy się nigdy nie zo­ba­czyli". Po­nieważ bowiem nie masz nadziei spo­tkać się gdzie in­dziej jak chyba w Sy­berii, pozo­staje tylko życzyć rozstania się do śmierci.

Jeden z wojennych jeńców polskich, jenerał Kopeć, który odbył tę podróż z po­wrotem, i długo mieszkał w Kam­czatce na ostat­nim krańcu północno-wschodnim stałego lądu, zo­stawił ciekawe opisa­nie swoich przy­gód i wi­dzia­nych okolic.

Generał Kopeć nie był człowiekiem uczonym. W szesnastym roku życia zacią­gnął się do kawale­rii naro­do­wej jako pro­sty żoł­nierz, i słu­żąc lat dwadzieścia przez wszystkie stopnie wyszedł na bryga­diera. Był jesz­cze majo­rem kiedy część wojsk pol­skich razem z ode­rwa­nym krajem zabrana przez Rosję, musiała przy­jąć znaki ca­ro­wej Kata­rzyny, co jak urzę­dowo mó­wiono, zna­czyło wró­cić do wierno­ści pod­danych. Pod­czas po­wstania Ko­ściuszki, druga bry­gada li­tew­ska, w której Kopeć słu­żył, stała na Ukra­inie. Ko­menda brygady często była przy nim gdyż starszy ko­mendant obo­wiązku swego nie pilnował. Mając tedy za­ufa­nie towa­rzy­szy broni, na pierw­szą wieść o poru­sze­niach na­ro­do­wych za kordo­nem, jako do­bry pa­triota, po­spieszył gdzie go ojczyzna wzy­wała, ruszył z pod Ki­jowa i sto mil prze­dziera­jąc się krajem przez wojsko mo­skiew­skie osa­dzonym, po­łą­czył się na ko­niec z na­czelnikiem na­rodo­wego po­wstania. W bitwie Macie­jowic­kiej cztery razy ranny i wzięty do nie­woli, za­prowa­dzo­ny naprzód do Ki­jowa z innymi jeń­cami, odłą­czony potem od nich i są­dzony jako buntow­nik który zła­mał przy­sięgę, wy­sła­ny został do niż­szej Kam­czatki.

Jenerał Kopeć winien był swoje uwolnienie szczęśliwemu przypad­kowi. Zdarzyło mu się w Ochocku jesz­cze spo­tkać uczyn­ne­go kupca, który mu przyrzekł prze­wieść listy do przyja­ciół. Ko­peć miał głę­bokie uczu­cie na­tury. Po prosty uważa i opi­suje wspa­niałe wi­do­wiska przy­rodzenia północy.

Postrzegano już podobieństwo między Kopciem a Silvio Pellico; gó­ruje także w nim wiara reli­gijna i rezy­gna­cja, ale z ta róż­ni­cą, że nie traci on przez to własno­dzielności; poddaje się dopusz­czeniu, nie zrze­ka­jąc się ani usi­ło­wań, ani na­dziei. Wi­dać w nim wszakże nowy cha­rakter Polaka skruszo­nego nieszczę­ściem. Niem­cewicz w swo­ich pa­miętni­kach zacho­wuje ciągle nie­na­wiść i gniew daw­nych Po­la­ków, na­leży jeszcze do po­kolenia sta­rego; Kopeć przeciw­nie, uważa się za do­tknię­tego przez Opatrzność, pisze iż co dzień rano mo­dlił się do Boga o swoje uwol­nienie i nie prze­stawał spodzie­wać się lep­szej przyszło­ści je­żeli nie dla siebie to przynajm­niej dla oj­czyzny: ta wy­trwałość po­korna i ufna jest już cha­rakterem no­wej li­tera­tury polskiej, z niej wynika siła ożywia­jąca nowych po­etów naro­dowych.

Dzien­nik podróży Kopcia dostarcza nam także postrzeżeń politycz­nych wzglę­dem rządu rosyj­skiego w Sy­be­rii. Jak na przy­kład wytłu­maczyć sobie to panowa­nie nad ludnością wo­jowniczą i nad tylu ty­siącami nie­szczę­śliwych jeń­ców, utrzy­my­wane za po­mocą ledwo kilku batalionów ? Kopeć objaśnia to bardzo do­brze opowia­da­jąc je­den przy­kład. Wy­pa­dło mu część drogi od­by­wać z kara­waną pro­wa­dzoną przez Ja­kutów, Tunguzów i Ostja­ków. Przy­łączył się do niej także ofi­cer ro­syjski ja­dący na ko­men­danta do Ochocka: a cho­ciaż nie miał władzy nad tą karawaną, bo to była ku­piecka, za­raz ją sobie przy­własz­czył. Nie chcąc cier­pieć trudów tak ciężkiej podróży i jazdy wierz­chem, kazał syberia­nom nieść sie­bie na ręku; w miej­scach nie­bez­piecz­nych wy­magał po nich po­święcenia się dla siebie, jako pan rządził tymi ludźmi niena­wykłymi słu­chać ni­kogo. W ra­zie nie­po­słu­szeństwa brał się do szabli i rąbał, kilku pokale­czył, na ko­niec rozpę­dził wszystkich tak że kara­wana opuszczona przez świtę, trzy dni musiała stać na miej­scu, aż dopiero nie­któ­rzy kupcy umie­jący język ja­kucki, powła­ziwszy na drzewa po­czę­li zwo­ływać rozpro­szo­nych, zaklinać ich na ich bo­gów i zdołali uprosić żeby wró­cili. Cóż temu czło­wiekowi nadawało ta­kie uczu­cie mocy? Oto uf­ność w po­tęgę swego cara. Nigdy on nie zwątpił o jego wła­dzy tu­taj, i pole­ga­jąc na niej sam czuł się wła­dzą. Dla czegóż ża­den Po­lak nie od­ważył się tak na­stawić się Jakutom jak oficer ro­syj­ski? Dla czego tenże je­nerał Kopeć, któ­ry tyle­kroć dał dowody tę­go­ści i męstwa, spo­kojnie po­zwalał jed­nemu ofice­rowi ro­syj­skiemu pro­wa­dzić siebie? Pochodziło to stąd, że nie czuł on nad sobą idei, któ­raby miała siłę taką jak ta, co się wy­obraża w ca­rze rosyj­skim.

Wiel­ka to i tajemnicza rzecz ta siła narodowa, która rozchodząc się z jakiegokol­wiek punktu środ­kowego, oży­wia każ­dego człon­ka na­rodu, nawet mimo jego wie­dzy. Tak kiedy konfede­racja Bar­ska wal­czyła za nie­podle­głość, sławny Be­niowski zna­lazł w sobie siłę po­wstać prze­ciw rządowi rosyj­skiemu, opanować osadę i utrzy­mać się w niej przez zimę. Podczas po­wsta­nia Ko­ściuszki wszczy­nały się po­rusze­nia mię­dzy Pola­kami ze­sła­nymi na Sy­bir, cho­ciaż nie wie­dzieli o ni­czym, co się stało w ich kra­ju; po upadku zaś Polski nie objawił się już żaden po­dobny za­miar. Jeńcy francuscy, któ­rzy jak trzoda da­wali się gnać kil­ku koza­kom, w chwi­lach zwy­cięstw Napole­ona, pod Lut­zen i Bautzen, poczęli knować spiski i zamy­ślali wy­bić się spod straży. Jakże więc wytłuma­czyć to wszystko?

Fi­lozofia tegoczesna, która uważa ludzi tylko jako bryłki zgarnione w ogół i poru­szane ma­chiną rzą­dową, nie może nam roz­wią­zać tej ważnej zagadki. Ale fizyka nowożytna po­strzega już zwią­zek ta­jemny mię­dzy cząst­kami jednej ca­łości or­ga­nicz­nej, a ogółem wy­obrażają­cym ideę tych je­stestw. Wiadomo na przykład, że soki ro­ślinne, jak wino, w bu­rze­niu się swoim okazują zja­wiska odpowied­nie tym, jakie dają się widzieć w życiu ro­ślin, z któ­rych ten sok cza­sem przed stu laty był wyci­śnięty. Wia­do­mo, że krzew pół­nocny prze­nie­siony na południe, puszcza li­ście i kwitnie zawsze współcze­śnie z rozwi­ja­niem się swego ga­tunku na ziemi ojczy­stej. Brzoza, to drzewo po­etyczne stron na­szych, posa­dzone w Szwajcarii lub we Wło­szech, długo na wio­snę stoi nagie wśród zazie­lenia­łych migda­łów i kasz­ta­nów; zauwa­żono na­wet, że pręd­sze albo póź­niej­sze cie­pło pory roku nie działa na nie wedle przy­padku w tych krajach, ale tak, jak zacho­dzi pod rodzin­nym nie­bem. Nie można tedy by­łoby uczy­nić stąd wnio­sku, że kiedy tak mało ożywione jeste­stwa łączy wspól­ność ukryta, lu­dzie, te stwo­rze­nia po­siadające najwięk­szą i naj­sil­niejszą masę ży­cia, są związani z sobą daleko mocniej i głę­biej? Teraz do­piero dają się pojąć owe wy­razy pie­śni Le­gio­ni­stów: "Jeszcze Pol­ska nie zgi­nęła, kiedy my ży­jemy". Każdy bo­wiem czło­wiek, ma­jący w so­bie iskrę naro­dową, gdziekol­wiek się znaj­dzie, skoro myśli, czuje, działa, może być pew­nym, że w tejże chwili miliony współ­ro­daków jego my­ślą, czują i działają po­dob­nież co on. Ta spójnia niewi­doma zwią­zuje każdą na­rodo­wość. Narodo­wość w najwznioślej­szym ro­zu­mieniu tego wy­ra­zu, znaczy posłan­nic­two na­rodu, znaczy powołanie pewnego zbioru lu­dzi wezwa­nych od Boga do spełnienia zamierzo­nego dzie­ła, sprzę­żonych obo­wiąz­kiem wzajemnego za­stępowa­nia się w pracy, połą­czo­nych tym pra­wem współżycia, które po­strze­gamy w histo­rii natu­ralnej je­stestw róż­nych i w historii dziejów ludz­kich.

Jenerał Kopeć opowiada nam o drobnostkach życia domowego, o których nig­dzie więcej wiado­mo­ści zna­leźć nie można. Przy­po­mnijmy teraz sobie pamiętniki we­sołego naszego Paska: jaka to róż­nica w charak­te­rze tych dwóch lu­dzi! Pa­sek, który nig­dy nie pła­cze, któ­remu wśród niebez­pie­czeństw i przygód najcięż­szych, na­wija się zawsze na myśl ja­kiś żart po­cieszny, zda­je się na­leżeć do in­nego na­rodu. Kop­ciowi do­były się już łzy z piersi; więcej mu na myśl religia i mo­ral­ność, więcej zajmuje się przy­szłością oj­czyzny, kiedy tamtego ob­cho­dziła tylko obec­ność. Taką to od­mianę dłu­gie nieszczęścia zrobiły już w Pola­kach.

Kopeć za powrotem do kraju opowiadał często swoje widzenia i co w nich obja­wiło się jemu wzglę­dem przy­szłych lo­sów Pol­ski, ale oto­czony generacją nie wie­rzącą, gdy całą te histo­rię ob­racano w żarty, nie śmiał na­pi­sać w swym dzien­niku.

Zro­biliśmy już dawniej uwagę, że Opatrzność karząc rzeczpospolitą polską za nadużycie życia po­litycz­nego, za nie­po­miar­ko­wa­ne wielo­mówstwo, skazała ją na długie i okropne mil­czenie. Te­goż samego środka użyła ona i przecie wy­bu­ja­łemu rozwija­niu inteligencji. Zsyłka na Sybir jest dalszym ciągiem tej metody obranej przez Opatrz­ność dla po­prawy pol­skiego szczepu Sło­wian. Straszna, głu­cha Sy­beria jest razem krainą, gdzie się ży­cie du­chowe bardzo na­tęża. Wy­gnańcy i od­cięci od społe­czeń­stwa, ska­zani żyć sa­motnie, zgłę­biać wła­snego ducha aż do dna, natural­nie musza cią­gle za­stana­wiać się nad prze­szło­ścią, roztrzą­sać swoje sumie­nie. Histo­ria jenerała Kop­cia ukazuje się wkrótce powtó­rzona w hi­storii Pol­ski. Nie­za­długo po­tem zbieg oko­licz­ności zmu­sił znaczna część na­rodu przejść kolej po­dobna do jego fanta­stycznej przygody: zba­dać dzieje swo­je­go kraju, zro­bić rachu­nek su­mienia narodowego, całe życie staro­daw­nego ludu uj­rzeć w jed­nym wi­dze­niu od dzieciń­stwa do lat najpóź­niej­szych. Życie pustel­nicze, życie z na­turą i z sobą samym, słowem ży­cie ta­kie jak wy­gnańców na Syberii, odbija się dopiero w literaturze pol­skiej. Wszystkie te nie­szczę­ścia spadłe na Polaków zdają się mieć to prze­zna­czenie, żeby ich ode­rwać od świata, znisz­czyć wszystkie wę­zły, które daw­niej przy­wiązywały ich do siły ma­terial­nej i in­te­lektual­nej, do wszyst­kie­go, co sta­nowi po­tęgę ziem­ską, a zna­glić aby weszli w siebie sa­mych, z siebie sa­mych wy­doby­wali siłę.

Ten wpływ moralny daje się czuć i w życie politycznym. Można po­wiedzieć, że Sy­beria zbli­żyła różne klasy na­rodu, po­częła ucie­rać przedziały stanów. Pan możny, szlachcic i wło­ścianin, mu­sza tam praco­wać za­równo, po­lują ra­zem, żyją pod jed­nym da­chem. Py­cha, ten występek szlachty pol­skiej, to uczucie wyższo­ści swojej nad każdego in­nego czło­wieka, od­biera szcze­gól­niej karę w wy­gnań­cach. Szlach­cic, ów podług Reja najdo­skonal­szy utwór na ziemi, traci tam nie tylko wszystkie swoje przy­wi­leje, ale nawet imię, staje się nume­rem. Je­nerał Ko­peć, potomek znakomitego rodu, nie mógł już czasem przy­pomnieć swe­go na­zwi­ska.

Nieszczęścia wygnania zbliżyły także naród Polski z innymi szcze­pami Słowian. Nie by­łoby ina­czej spo­sobu zbli­żyć Pola­ków do Ro­sjan. Naród niepodległy, wolny, dumny ze swoich swobód, cóż mógł mieć wspólnego z naro­dem nie­wol­ni­czym, uci­śnio­nym, nawy­kłym do jarzma od wie­ków! Jed­nych i drugich Opatrz­ność przy­wio­dła tutaj do szu­kania nad pa­nem ziem­skim wy­ższego Pana, do spotkania się w tym samym uczuciu po­trzeby po­mocy Bo­skiej.

NB. Pierwsza edycja niniejszego dzieła wyszła w Wrocławiu 1837r., pod tytułem: Dzien­nik po­dróży Jó­zefa Kop­cia przez całą wzdłuż Azję, lądem od portu Ochocka oceanem przez wyspy Ku­rylskie do niższej Kam­czatki, a stam­tąd na powrót do tegoż por­tu na psach i jele­niach; i zawierała w sobie następującą prze­mowę wy­dawcy:

Autor tej podróży, Brygadier Kopeć, kreśląc w niej zdarzenia swego życia zamil­czał to, co się domu jego i ro­dziny ty­czy, i tym sa­mym włożył niejaki na nas obo­wiązek zapełnie­nia tej, że tak powiem, szczerby w jego dziele.

Dom Kopciów, herbu Kroje, w Wielkim Księstwie Litewskim, bardzo starożytny, począ­tek swój od Ksią­żąt Twer­skich wy­wo­dzi. Dom ten przodkami się szczyci, którzy zasłu­gami i cnotą torując so­bie drogę do zna­cze­nia, do­stojne urzędy w kraju piasto­wa­li i z najpierw­szymi rodzinami w związki fami­lijne wchodzili. Wspo­mi­namy tu mię­dzy in­nymi Wasila Kop­cia, który od Sta­nów Li­tew­skich odpra­wo­wał w r.1563 posel­stwo do Sta­nów Koronnych i przy­czynił się do skoja­rze­nia Unii między dwoma na­ro­da­mi, które odtąd wier­nie zawar­temu z sobą braterstwu, szczę­ście i klęski nie­odstęp­nie dzie­liły. Syn tego Wa­sila Łukasz, Kasz­te­lan Brze­sko-Li­tewski, pojął za żonę Katarzynę Firle­jównę, Woje­wodziankę Kra­kow­ską, i tym spo­sobem połączył się z pier­w­szy­mi ro­dzi­nami w Koro­nie. Brat jego Filon Ko­peć miał za sobą Chreptowi­czównę. Bar­bara Chodkiewi­czówna, Kaszte­lanka Tro­cka, była za Wasi­lem Kopciem, Kasz­telanem Nowo­grodzkim. Córka te­goż Wasila Anna zaślu­bioną była Pawłowi Sapie­sze. Wojewodzie Wileńskiemu, Het­ma­nowi Litew­skiemu. Syn Wa­sila, Jan Karol Ko­peć, był Wo­je­wodą Połockim i za­ślubił so­bie Ma­rię Lu­krecję Księżnę de Strozzi, wdowę po Alek­sandrze Radzi­wille, Mar­szałku Litew­skim. Więcej jeszcze po­dobno szczy­ci się dom na­szego Autora z tego, że Kop­ciówna była matką Księdza Wołowicza, który wy­nie­siony na bi­skup­stwo Wi­leń­skie w roku tysiąc sześćset szesnastym dał z siebie przykład wszyst­kich cnót, jakimi się Ka­płan i obywatel zdobi.

Wspomniawszy o rodowodzie Autora naszego, powiedzieć nam jeszcze kilka słów na­leży o jego dziele. Opo­wiada on sty­lem do­bit­nym, lubo nie zawsze czy­stym, i towarzy­szów swoich cierpienia i niedolę. Czy­tając po­dróż jego, głę­bokim ku Niemu usza­­nowa­niem przejęci zo­staliśmy z powodu rzadkiego umiarko­wa­nia, które się na każdej stronicy jego dzieła ma­luje. Ko­peć nie oburza się nad złem obchodzenia się z nim; ha­słem jego jest: tak Opatrz­ność chciała! Do jej świętej woli stosując się we wszy­stkim spokojnie znosi naj­większe cierpie­nia.

Czytając jego podróż mimowolnie nam się na myśl nasuwa cnotliwy Silvio Pel­lico. To samo w dzie­łach oby­dwóch spo­strze­ga­my umiar­kowanie, to samo zda­nie się na wolę Najwyż­szego, te same czyste i spo­kojne du­sze.

do Czytaj!                         



ROZDZIAŁ 1:  ZAWÓD WOJSKOWY

Urodziłem się w roku 1762, miesiąca Maja dnia piętnastego w Li­tewskiej prowin­cji, po­wie­cie Piń­skim. Oj­ciec mój żył do lat dzie­więć­dziesiąt siedm; siedział w niewoli w Gdań­sku, że był w partii Lesz­czyńskiego: przez przy­padek od ko­nia fa­wo­ryta ude­rzony, umarł. Miał w tejże prowincji ma­ją­tek mierny od Pradzia­dów, wycho­wy­wał mnie w domu, ucząc tylko ję­zyka na­ro­do­we­go, łaciny i geome­trii.

Gdy kończyłem lat szesnaście oddany byłem do wojska Kawalerii narodowej za prostego żołnie­rza, pod ko­menda Je­rzego Koł­łątaja i temuż byłem powierzony w dozór. Był to czło­wiek w pew­nym wieku, Polak sprowa­dzony z Sak­sonii, dla uczcze­nia tak­tyki i służb woj­sko­wych, który odby­wał wojnę siedmioletnią pod Fry­dery­kiem Wiel­kim Kró­lem Pru­skim, w ran­dze puł­kow­ni­ka.

A tak idąc stopniami od Gemejna (szeregowego) Unteroficera, To­warzysza, Na­miestnika chorą­żego; Pod­po­rucz­nika, Po­rucz­ni­ka, Majora, Wice-Brygadiera, Bry­gadiera, przez lat dwadzieścia słu­żąc, z trud­nością do­stę­powałem stopnia, dla­tego, że ma­ją­tek był szczu­pły, a rangi podług zwy­czaju (w tamtych czasach) w Pol­sce były kupowane, a bardziej jeszcze, że Ma­gnaci przez in­trygę wcho­dzili, i zabierali stopnie zdatnym i za­służo­nym.

Doświadczenie moje było pierwsze, kiedy Polskie Wojska stały nad granicą Dnie­strem bro­niąc na­padu hor­dzie Tu­rec­kiej do­pó­ki wojsko moskiewskie, pod ko­mendą Rumian­cowa a później Po­tem­kina, nie prze­szło Dniestru.

W roku 1792, gdy Rosja zajęła się wojna z Turcją, natenczas Na­ród polski za­czął my­śleć o sobie i uchwa­lił sto ty­sięcy woj­ska, do której liczby mało już brakło.

Ochot­nika i wolenterów dwa razy tyle było: cały Naród szedł z ofiara. Nieśli szlachta i po­mniejsi majątek i ży­cie, lecz byli i nie­chęt­ni, którzy zwlekali sejmy, zaprzątali bagatel­nymi projektami, są­dze­niem o Ży­dach, umyślnie, aby zba­wienne pro­jekta z sej­mu kon­sty­tucyj­nego uzbrajania siły na­rodowej do skutku nie do­cho­dziły.

A tak przez lat cztery szedł czas bezczynnie. Rosja spiesznie koń­czy wojnę z Tur­czy­nem i na­cho­dzi kraje Rze­czy­po­spoli­tej pol­skiej w roku 1792.

Przyłączyli się do Rosjan i źli ludzie, a ci niszczą kraj, palą, lud za­bierają, obywa­teli wiążą i roz­pra­szają. Za­cho­wani tylko ci, któ­rzy wspólnie z nimi myśleli.

Na­stępował nieprzyjaciel w granice, lecz nie kazano bronić prze­chodu a maga­zyny przygo­towane ka­zano zo­sta­wić nie­przy­ja­cie­lowi, cofnęły się nasze wojska prawie do środka kraju, wojska nasze głodne, bośmy wszystko zo­sta­wiali nie­przyja­cie­lowi, gdzie pozycja była dla nas dobra stamtąd rejte­rować ka­zano, gdzie prze­ciwnie, tam bić się by­liśmy przy­mu­szeni.

Woj­ska Litewskie miały komendantów Jmć Xięcia Wirtember­skiego, Zabiełłę i Ju­dyc­kiego. Na­stą­piło armi­sty­cjum, Sejm Tar­go­wicki; zabór kraju i kilkanaście ty­sięcy dobor­nego żołnie­rza z krajem razem po­szło w nie­wolę Mo­skiew­ską, którzy póź­niej mu­szą przy­sięgać i wnijść w służbę Imperato­rowej Katarzyny.

Na­stąpiły na tym sejmie frymarki tak urzędów cywilnych jako i woj­skowych. Jaki taki gło­sił się sa­mowład­nym; za­bie­rał kasy woj­skowe, a partyzanci Moskiewscy kazali wojska reduko­wać w pozo­stałej części Pol­ski usiłu­jąc ostat­nie siły ująć kra­jowi.

Woj­skowi, którzy nie służąc pozabierali rangi, niektórzy po razy trzy przedawali, raz po swoich kor­pu­sach, drugi raz w Wil­nie a trzeci raz do Rekompensów po­dali się i cywilne urzędy przeda­wali i wydawali po gorli­wych, któ­rych z kraju po­wy­pę­dzali.

Jenerał Kościuszko na hasło dźwigającej się ojczyzny swojej po­wrócił z Ameryki, który wal­cząc o wol­ność pod Wa­szyngto­nem, spod przemocy tyranów Anglików wysłużył część ziemi (z której już mógł się wyży­wić) i był spo­koj­nym: na hasło swo­jej oj­czyzny po­wraca i pełni powinność świętą. Pod Dubienką w sześć tysięcy Po­la­ków oparł się Ko­chow­skiemu, do­wódcy woj­ska Ro­syj­skiego (w licz­bie osiem­naście ty­sięcy). Między za­braną liczbą wojska Pol­skiego do Ro­sji razem z kra­jem, by­łem i ja za­bra­ny z brygadą drugą Li­tewską, w randze Ma­jora. Ko­mendan­tem był moim naten­czas Sło­miński w służ­bie ka­waleryj­skiej dość umie­jętny. Był w woj­sku Sa­skim i w siedmiolet­niej wojnie prze­ciw Fryde­rykowi Wiel­kiemu. Ko­menda Bry­gady całej była czę­sto przy mnie, gdyż Ko­men­dant nie pil­nował, ja zaś mia­łem w woj­sku za­ufanie, bo słu­żąc z nimi przez lat dwa­dzie­ścia od Sze­re­go­wego był mój spo­sób my­ślenia dobrze im znany.

W takim tedy stanie nieszczęśliwym będąc zabranym pod przemoc obcego pa­nowania, opłaki­wa­łem los oj­czy­zny mo­jej, aż kie­dy w roku 1794 zaczął się prze­bi­jać odgłos przez za­stawione za­grody wojskiem i kordo­nem z pozo­sta­łej czę­ści ziemi wol­nych Polaków do woj­ska naszego za­branego, że ojczyzna woła, po­wstaje z gruzów i żąda ra­tunku; na to czuły i wierny syn oj­czyz­ny swojej z bry­gadą poszedłem więc sto mil na przebój spod Kijowa kra­jem już zabra­nymi wkoło opa­sa­nym przez obce woj­ska. Za mną w kil­kana­ście dni ruszył z Brygadą Jenerał Wyżkow­ski, po­rzuciw­szy też swojego szefa: póź­niej jene­rał Laziń­ski przez Wo­łoszczyznę wszedł do Gali­cji gdzie nie zna­lazłszy wojsk au­striackich i wypo­cząw­szy czas ja­kiś udał się ku War­sza­wie i złączył się z wojskiem narodo­wym. Z głę­bokiej Ukrainy szło ze mną traktem moim do trzech ty­sięcy ka­wale­rii, którzy też popo­rzucali ko­mendantów swoich, a o któ­rych ja nie wie­działem. Nie­szczę­ściem, ze nad rzeką Słuczą zostali roz­bici; część bardzo mała uszła, która mnie dopę­dziła i złą­czyła się Prze­biwszy się przez tyle woj­ska ob­cego obronną rękę, staną­łem na wzrost Ojczyzny i złą­czyłem się z naj­bliższą i złą­czy­łem się z naj­wyższym Na­czel­nikiem, wybra­nym od narodu pol­skie­go, Ko­ściuszką, pod którym odby­wa­jąc po­win­ność w obronie oj­czyzny swojej, trafiłem w końcu, żem się stał smut­nym więź­niem dzi­kiej i od­ludnej niż­szej Kam­czatki, wzięty raniony w krwawej bitwie Ma­ciejowic.

O tej nieszczęśliwej Maciejowickiej batalii lubo tyle jest detalów, jednak ja moja opinię po­łożę, cho­ciaż może nie bę­dzie zgod­ną z innymi. Trzema dniami, gdy­śmy się zbliżyli ku Fer­senowi, któ­rego przeprawy Jenerał Po­niński wstrzy­mać nie zdo­łał, Fersen jeszcze mieć komunikacji nie mógł, ani złączyć się od Brześcia z Su­waro­wem, po­spieszali­śmy czym prę­dzej, aby go mieć przed Wisłą i z drugiej strony Wie­prza w Widłach spo­tkać. Szło nam naj­więcej o ję­zyk, w jakiej sile znaj­dował się nie­przy­jaciel, co się wszystko stało podług na­szego ży­czenia. Dwoma dniami przed nieszczę­śliwa ak­cją, posłany ode mnie oficer z ko­mendą pod nie­przy­jacielski obóz, schwytał Majora od sztabu je­ne­ral­nego i dwudzie­stu jeń­ców; od któ­rego powzięliśmy zu­peł­ną wiado­mość o mocy nie­przyjaciela. Wyznał bo­wiem, że nieprzyja­ciel miał szes­na­ście tysięcy do boju, szesna­ście sztuk armat kalibru wiel­kiego: my zaś nie mieliśmy nad siedm ty­sięcy, jedna dużą ar­matę a mniejszych dwa­dzieścia. Po­szli­śmy ku nieprzyjacielowi, Po­niński o mil kilka sto­jący w pięć tysięcy do­bor­nego woj­ska i kil­ka­na­ście ar­mat odebrał rozkaz, aby na drugi dzień po­suwał się za naszym obozem, gdzie na lewe skrzydło miał punkt wyzna­czony, a kędy nam Deni­sów Je­nerał Mo­skiewski później wdarł się. Zbli­żyli­śmy się już późno ku nie­przyja­cielowi awan­gardę jego spędziw­szy, na­tarliśmy aż ku sa­me­mu obo­zowi.

Noc ciemna nie dała rozpoznać sytuacji miejsca, oczekiwaliśmy dnia i posłany był po­wtórny kurier z roz­ka­zem do Po­niń­skie­go.

Nieprzyjaciel w wilie akcji dostał naszych jeńców oficerów, i dowie­dział się o za­miarach, że kiedy nadej­dzie su­kurs z Po­niń­skim, bę­dzie nieprzyjaciel atako­wany. Użył więc ostatniego ażardu, nie dał czekać, ażeby­śmy się wzmoc­nili su­kur­sem; uprzedził na­sze za­miary, i tej samej nocy starał się od Jenerała Po­niń­skiego po­przeci­nać pasy dla kore­spon­den­cji, cho­ciaż dla tego Ponin­ski dwa roz­kazy ode­brał, pierw­szy aby naza­jutrz przyby­wał i łą­czył się; po­wtór­nie, aby naj­spiesz­niej masze­ro­wał. Jenerał Poniń­ski nie szedł naj­bliższą droga pory­so­wana po nas, lecz dla ogłodzo­nego kraju nad­ło­żył dwie mile i nie przy­był na sukurs. Tej sa­mej nocy pod Jene­ra­łem Deni­sowem zaczął się prze­prawiać nie­przyja­ciel w bok le­wego skrzydła na­sze­go, na ten punkt, gdzie sukurs miał przyjść. Byli­śmy pewni, że dla trzęsa­wicy i błota nie­dostęp­nego, nie­przy­jaciel tym miej­scem przejść nie bę­dzie mógł, lecz ślepa sub­ordynacja i ażard cze­góż do­kazać nie po­trafi. Mościli Mo­skale fa­szyny, różne drze­wa, na­wet tłumoki swoje i trzy armaty uto­pili. Przed świ­tem za­czął się z dwóch stron tak: naj­przód od le­wego skrzydła De­nisow, który się w nocy prze­pra­wił w cztery ty­siące i natarł, lecz od­party usu­nął się ku le­wemu skrzy­dłu i zbli­żył się ku całej for­sie przeciw Na­czelnikowi Ko­ściuszce i oba prawie woj­ska stały w kroku na ogień ka­rabi­nowy z karta­czowym i sześć godzin nie­ustanny ogień trwał z obu stron. Trzy razy odpy­chali­śmy ba­gnetami nieprzyja­ciel­skie ściany, lecz dwa razy prze­wyższająca si­ła w ludziach i arma­tach przyniosła dla nas sku­tek nieszczę­śliwy bo wszystko le­gło ofiara na placu.

Prawe skrzydło najprzód złamane zostało, gdzie zabrany Jenerał Sierakowski, Kamiński i Knia­zie­wicz. Na­czel­nik Ko­ściuszko udał się na lewe, gdzie i ja z czę­ścią brygady po­sze­dłem na prze­bój, ale spotkany od świeżej kawalerii po­bity i cztery razy ra­nio­ny razem z Ko­ściuszką zostałem wzięty. Julian Niemcewicz ra­niony z Ko­ściuszką posłani do Pe­ters­burga. Gdzie i Jenerał Fi­szer był wzięty a ja posłany do niższej Kam­czatki.

Za przyczynę przegranej kładę kilka uwag moich:

1mo. Że nieprzyjaciel był od nas dwa razy silniejszy.

2do. Że uprzedził nasz atak nie dozwalając nam doczekać się dnia dla zmienie­nia pozy­cji.

3tio. Nie dał nam połączyć się z sukursem.

4to. Przyszliśmy w nocy na pozycję i nie mogliśmy obwarować miejsc mocną strażą.

O powstaniu drugim narodowym mało opisuje, bo byłem wzięty z placu Batalii w nie­wolę.

Gdy­by Denisow nie był przeszedł w tę stronę, co było początkiem naszej przegra­nej, by­li­byśmy mogli ku su­kur­sowi się rejte­ro­wać, a w ten czas przy nas była wy­grana jako się póź­niej pokazało po nie­szczęśli­wej akcji, ze nie­przyjaciel miał po jednym tyl­ko ładunku. Już tak daleko broń była rozpa­lona, że tylko na ba­gnetach się skoń­czyło.

ROZDZIAŁ 2:  NIEWOLA

Gdym był wieziony z placu bitwy z tylu ranionymi, ponieważ poranki były już zimne odzienia bra­kło, bo by­li­śmy odarci do na­go­ści, poru­szeni jednak ludzko­ścią dali rannym i zdrowym skóry by­dlęce brudne i mo­kre, gdyż tego mieli pod do­stat­kiem w sto­sach uło­żo­nych z za­branego i za­rżniętego bydła. Był wów­czas Komen­dantem nad nie­wolnikami Je­nerał Chruszczew i Ba­gre­jew Brygadier. Ma­ro­dery nic nie zo­stawiali po do­mach, za­bierali stada by­dła, srebro, miedź i co tylko znaleźli. W wielu miej­scach, same Pa­nie po chłop­sku ubrane po swoich wsiach mię­dzy podda­nymi przeby­wały; w wielu też miej­scach mę­czo­no komi­sa­rzów lub ekono­mów przez Pa­nów zo­stawio­nych, aby wyda­wali, gdzie są sprzęty po­cho­wane.

Przyprowadzony do dawnego z miast polskich Kijowa, prowadzony byłem wspól­nie z trzema na­szymi Je­ne­ra­łami, któ­rzy byli za­brani w tejże batalii:

1mo. Jenerał Sierakowski

2do. Kniaziewicz

3tio. Kamiński

Ci zaraz po przybyciu do Kijowa zostali wolnymi jako jeńcy z pozo­stałej Polski za­brani, a mnie przywłasz­czyli za pod­da­nego ja­ko wy­szłego z ich kraju z woj­skiem buntownika. Na­tychmiast zo­sta­łem odłączony od moich kole­gów, osa­dzony pod ścisłą stra­żą w sta­rym i wilgotnym gmachu. Już nie miałem żadnego towa­rzystwa; ani też warta chciała do mnie ga­dać, ani odpo­wia­dać. W ta­kiej sy­tuacji by­łem utrzymywany przez dni kilka. Ofi­cer gar­nizo­nowy miasta, ma­jący in­spekcję nade mną, przy­pro­wadził żonę swoją, abym u niej jej wła­snej roboty ku­pił kapuszon, przymu­szony byłem ostatnie kilka rubli od­dać, aby serce je­go zmięk­czyć, ale to nic nie po­mogło. Kie­dym był wie­ziony przez Kijów po­strze­głem moich żoł­nierzy przy pu­blicz­nych ro­bo­tach i wielu znajo­mych dystyngowa­nych szlachty, postrze­głem bardzo wiele ra­bunków w sto­sach leżą­cych, broń, ar­maty i wie­le innych zna­ków wo­jennych; niech tu każdy czuły wcho­dzi, co to był dla mnie za wi­dok okropny?

Szóstego dnia w nocy porwany w kibitkę, która miała model kufra, obita w koło skórami a w środku żela­zna bla­chą, z boku tyl­ko okienko dla podania wody albo jedzenia, w spodzie druga dziura dla spadu.

Ten kufer był bez żadnego siedzenia, ani jeszcze byłem z ran wyle­czony, da­wano mnie wór z słomą i wło­żony był na mnie ty­tuł aresztanta sekretnego z nu­merem tylko bez imienia. Jest to u nich w takim ro­dzaju aresztant naj­więk­szy kry­minali­sta, z któ­rym nikt pod najwięk­sza kara nie może rozmawiać; ani też wie­dzieć jak się na­zywa i za co wzięty. Z Ki­jowa do Smo­leń­ska by­łem przywie­ziony siódmego dnia dniem i nocą. Na zmianie poczt wszędy się lud zbiegał dla cie­kawo­ści, co by to było za­mkniętym w tym kufrze, ile że dwóch zbrojnych na wierz­chołku tej ki­bitki sie­działo. Szó­stego dnia posły­sza­łem tur­kot bruku, był to Smo­leńsk. Wy­sadzony w nocy przy jakim­siś ogromnym i sta­rym murze, usłysza­łem szczęk broni, po­strze­głem tłumy żoł­nie­rzy i byłem pro­wa­dzony długim a wą­skim korytarzem i osa­dzony w jednej wąskiej framu­dze przy straży kilku żołnie­rzy i przy świetle lampy czarnej. Były tam dwa okna z kratami żela­znymi prze­bijane czar­nymi de­skami, aby nig­dzie dzienne świa­tło wcho­dzić nie mogło. Trzeba było zga­dywać noc lub dzień; warta ani słowa nigdy do mnie mó­wić nie chciała. Smoleńsk (ach, wzdry­gam się wspo­mnie­niem i tytułu mu dać nie po­trafię!) było to miejsce po­że­rające róż­nymi nie­szczę­ściami i mę­czarnią na­szych rodaków, w któ­rym tyle ty­sięcy po­czci­wych Pola­ków było dręczonych: wiele z nędzy, wiele z wil­got­nych murów, wiele pod­rę­czonych umyślnie pogi­nęło.

Ja w tej mojej framudze przebywam. Pytam się kiedy jest noc, a kiedy dzień? Ale mi moja straż nie odpo­wiada; tylko po tym dystyn­gowałem dzień od nocy, kiedy mi jeść przyno­szono. Nie da­wano mi ani gra­bek, ani noża, i wszędy ze ścian wyj­mo­wano gwoź­dzie, Że­bym sobie śmierci nie zadał. Stra­szyli, że mnie jesz­cze coś gor­szego czeka, lecz w końcu już z tymi stra­chami i bojaź­nią oswoiłem się. Kiedy się wszystko uci­szyło, sy­piać nie mo­głem: słyszeć mi się zdawało poza in­nymi mu­rami obok mnie jakieś różne bicia, kato­wania i szczęk kajdan, co bardziej mnie jeszcze wy­bi­jało ze snu; ty­siąc imagi­nacji roiło się, abym ja na tę kolej nie przy­szedł, ale szczę­ściem do­wie­działem się, że to byli kryminaliści i był ra­zem złą­czony dom po­prawy.

Myśl zawsze w trwodze: nie wiem, co mnie w tym miejscu czeka. Wiem, że tylu siedzi Pola­ków, a nie mogę wie­dzieć, któ­rzy są co w ziemi robią i jak są utrzymy­wani; czy były już eg­zekucje jakie z nimi, dość, że w ta­kiej nie­wia­domości i nie­pew­ności utrzy­mywany byłem przez cztery tygodnie. Na początku dru­giego ty­godnia przy­bywa Ko­mendant do mo­jego więzie­nia, który nad wszystkimi nie­wolni­kami miał do­zór. Nie był to czło­wiek, ale tygrys, czyli zwierz dra­pieżny bez żadnej moral­ności: on się przy­kładał do nędz i nie­szczęść bied­nych więzio­nych Pola­ków. Był to moskal rodo­wity. Tenże zacny czło­wiek zabiera mnie w swój powóz, wiezie, ale ja nie wiem dokąd, ro­zumiem że na śmierć. Długo czas nie wi­dzia­łem świa­tła, co mi się wszystko śmiesz­nie wyda­wało, mnie­małem, że całe miasto w koło lata i ja z powozem. A gdy obwiózł mnie kilka razy po wielu uli­cach, w końcu przywiózł mnie do wysokiego i wspaniałego domu, powiada­jąc, że to jest Impe­ra­toro­wej Dworec i mnie tu dla roz­rywki przywozi.

Gdy mnie wprowadził do jednej wielkiej sali, znalazłem w końcu, że to było są­downictwo, do któ­rego mnie ka­zano zbli­żyć się, a że by­łem jeszcze słaby z ran niewygojonych, ka­zano mi dać krze­sło i usiąść. Zapy­tany by­łem naj­przód od nich o moim urodze­niu, reli­gii, latach i całym ciągu życia. Szczęściem moim było, żem był ostrze­żony od Kapi­tana Mało-Ro­sjana, który mnie wiózł z Kijowa do Smoleń­ska, na­uczył mnie, aby zaw­sze jed­nego słowa i eks­pli­kacji trzy­mać się i mimo zbijania i stra­chów zawsze trzy­mać się jed­nego.

1 Byłem pytany, czy przysięgałem? Opowiedziałem, że w ciągu służby mojej dwudzie­sto­letniej kilka razy przy­się­ga­łem, niby nie ro­zumiejąc, czego oni chcą.

2 Zapytano mnie się znowu: ale ostatnia przysięga jaka była? Ja jeszcze nie ro­zumiem - odpo­wia­dam, że ostat­nia była naj­waż­niej­sza, że ojczyzny mojej do ostatniej kropli krwi bro­nić i zasta­wiać będę - rzekli oni, ale nie o to się py­tamy: ale Monar­chini na­szej czy przysię­gałeś? Odpowie­działem, że to był gwałt i prze­moc. Za­pytano mnie się: a to masz za rzecz małą? Od­powiedzia­łem: że mi­łość oj­czy­zny mojej ka­zała na to za­po­mnieć, na co oni obu­rzeni zostali i serio z miejsc swo­ich po­wsta­wali. Kazano mnie w tym momen­cie od­wieźć do mojego pierw­szego więzie­nia. Na trzeci dzień sta­wią po­wtór­nie przed tym samym sądem i za­dają nowe kwestie.

1 Kto mnie uwiadomił o rewolucji i kto ze mną był w porozumieniu z obywateli kraju za­bra­nego, albo kto mi da­wał po­moc i kto o tym wiedział. Odpowiadałem zawsze tak po­dług ho­noru. Niech mi tu największe skarby i ty­siąc śmierci obejmą, czło­wiek je­stem z hono­rem, niewinnych nie mogę kom­promitować, że nikt z oby­wa­teli o tym nie wiedział i ża­den mi po­mocy nie dawał po­mocy, bom mało jeszcze obywatelom był znajomy. I że ja z li­tewskiej pro­wincji do tego kraju z brygadą przy­byłem, ale mi­łość ojczyzny, roz­pacz i ażard wskazały mi drogę. - Podnio­słem mój głos do prezy­du­jącego z czułością, że je­stem uczciwy oficer wzięty na placu boju, raniony, a tak jestem po barba­rzyńsku trakto­wany i skoń­czyła się ze mną in­kwizy­cja. Kazano mi sa­memu na­pi­sać całą awanturę i prze­nie­siono mnie już z pierw­szej ciem­nicy do jednej ogrom­nej sali, w której było czter­dzie­ści okien du­żych i cztery piece. Była to sala, gdzie co kilka lat zbie­rała się szlachta na obrady wybo­rów czyli sejmi­ków. Zimno nie do wy­trzymania; 30 ko­piejek mie­dzianych na dzień, z których trzeba było wy­star­czyć na ży­cie, odzie­nie i aptekę. Drzewa ka­za­łem mojej warcie po trzy kawałki wkła­dać w piec: jak się na­grzało kilka cegieł, wchodzi­łem w piec aby się ogrzać. Sposób pie­ców był taki, że ze środka pa­lono. Za­choro­wałem w końcu tak śmiertel­nie, że nie obiecy­wa­łem so­bie ży­cia dla zimna, gło­du i nędzy. Pro­si­łem przez Komen­danta do spo­wiedzi, ile ze w tym miej­scu była kato­licka ka­plica i Ber­nardyn przez nie­któ­rych Polaków dawniej za­bra­nych był utrzymywany. Nie pozwolono mi i księ­dza z przy­czyny, aby na spo­wie­dzi nie ko­muni­ko­wać się w jakich se­kre­tach lub nie za­żywać ja­kiej rady. Przy­cho­dziło już do tego, że umie­rać bez spowie­dzi by­łem przymu­szo­ny, lecz Opatrz­ność za­cho­wała lubo na gorsze dla mnie, w prze­by­waniu zno­szenia tylu na­stęp­nych okropnych do­świad­czeń. Po kilku dniach poru­szeni ludz­ko­ścią, wi­dzieli, ze z sa­mego zimna trzeba było życie koń­czyć, prze­nieśli mnie z tej ogrom­nej sa­li do jed­nego sta­rego domku mu­rowanego za żela­zną kratą, gdzie już było cie­plej. Wi­dok z mojego okna był na cmen­tarz; ba­wiły mnie czę­sto pogrzeby i śpiewa­nia po­pów.

Drugi spektakl miałem, że w tym klasztorze czernice, czyli mniszki, często widy­wałem jak spusz­czały z swo­ich okien dra­biny do wy­chodzenia z klauzur; jedna drugiej poma­gały. O tych poboż­nych mniszkach wiele in­nych zda­rzeń sły­sza­łem z opo­wia­da­nia mojej warty. Miałem już w tym trzecim więzieniu odda­nego unte­rofi­cera i czte­rech gemejnów, która to warta co sześć dni odmie­niała się. Je­śli na szczęście moje jaki poczciwy był un­terofi­cer, to mi wolno było do nich przema­wiać i onym do mnie wza­jemnie: a za to, ze cza­sem wolno choć przez kratę pa­trzeć, trzeba było zapła­cić część na żyw­ność da­wa­nych mi pie­nię­dzy i to zakli­nano mnie, abym się cza­sem nie wy­dał przed Komen­dan­tem, że ze mną roz­ma­wiają bo mnie wypyty­wał raz w ty­dzień. Było w tym mie­ście do kilku ty­sięcy Pola­ków więź­niów: część za opi­nię krajową, część z krajów daw­nych za­branych w nie­wolę. Każdy uczci­wie był utrzymywany, po­dług prze­pi­sów, ja tylko prawie jeden z ro­dzaju więź­niów dys­tyn­go­wałem się ja­ko ten, który zbun­towałem wojska i wy­sze­dłem na czele ich i bi­łem się z Mo­ska­lami, skąd za mną inne regi­menta i brygady ru­szyły. Dawano mi dwie po­trawy na obiad, a jedną na ko­la­cję, a resztę pienię­dzy na drwa i aptekę. Lampa w izbie była ze skarbu, która re­gularnie całą noc palić się musiała. Oskarżony zostałem przez niego­dziwego unte­ro­fi­cera, że zro­biłem sobie ekran z chustki i przez niena­wiść zasłaniam się od nich. Na drugą noc po­strze­gam, że na mo­ich no­gach siedzi żołnierz: po­rywam się i py­tam, czego tu sie­dzisz? Odpowiada mi , że mu kazano dzień i noc na mnie pa­trzeć, dla czego ich nie lu­bię, co dla mnie było najwięk­szym ty­rań­stwem. Co dzień przychodząca warta anonso­wała mi, chocia­żem się ich o nic nie pytał, że tego dnia tylu Pola­ków za­knuto­wali, tylu powiesili, co fałszem było, ale umyśl­nie mi tak kazano ga­dać.

Do tego miasta przypędzono razem do trzech tysięcy lub więcej żołnierzy, część z dez­ar­mowa­nych wojsk, które były do ich kraju wzięte, część w bataliach róż­nych zabrana. Przy­pędzono tych nie­szczęśli­wych na­gich, bosych, w naj­więk­sze mrozy, z któ­rych po­łowa umarła, gdy byli prowa­dzeni, Część znaczna posłana została na okręty. Kil­ka­set jednej nocy pra­wie umarło, gdy będąc zapę­dzeni do nowych mu­rów świeżo na­palonych, wszyscy pra­wie zago­rzeli, z których bar­dzo mała liczba zo­stała się.

Byłem chory w Smoleńsku, i gdy doktor już zadecydował, że żyć nie mogę, od­wiedził mnie Ko­men­dant i dla skon­so­lo­wa­nia mi po­wiedział, że jest tu mój kamer­dyner Szmi­gielski, który już trzy mie­siące siedział, a ja o ni­czym nie wie­dzia­łem. Ten po­czciwy człowiek po batalii Maciejowickiej wziąw­szy paszport u Jene­rała Suwa­rowa i ze cztery­sta du­katów, jeź­dził po Mo­skwie i innych for­tecach szuka­jąc mnie i przez życz­liwość chciał być przy mnie. Przysłał do mnie Komen­dant onego, ode­brawszy jemu pienią­dze, po­nieważ aresz­tant (po­dług nich) mieć tego nie powi­nien. Z tych pienię­dzy zabra­nych mój wierny kamerdy­ner stra­cił do sta duka­tów na różne po­dróże, zo­stało mi się trzy­sta, z któ­rych Komen­dant do mojej niewol­ni­czej gaży po kilka rubli do­da­wał. Już zacząłem mieć lepsze wy­gody i cie­plej­szą stancję i aptekę mia­łem już czym zapła­cić.

W czwartym miesiącu mego pobytu w Smoleńsku przyszedł rozkaz Katarzyny, aby wszyst­kich jeń­ców Po­la­ków roz­wieźć na różne miej­sca, dla mnie zaś ukaz oddzielny, żeby imię moje odjąć, dać tylko nu­mer więź­nia, pod ty­tułem bezimien­nego, odłą­czyć od wszelkiego towarzystwa ludzi, aż do dalszego roz­kaza­nia i po­słać do niższej Kamczatki.

Po oznajmionym ukazie Imperatorowej Katarzyny drugiej, rozłą­czono mnie z moim ka­mer­dyne­rem Szmi­giel­skim, z któ­rym co się działo lub dzieje, dotych­czas nie mam wia­domości.

ROZDZIAŁ 3:   PODRÓŻ DO IRKUCKA

Tej samej nocy porwany zostałem do kibitki, kilku zbrojnych wsiadło żołnierzy i byłem wie­ziony w dalsze prze­zna­cze­nie; przez pięć dni i nocy byłem wciąż wie­ziony, szóstego dnia nocowaliśmy na poczcie, ale mnie nikt nie wi­dział ani ja ni­kogo, żaden z warty ze mną nie gadał, oficer był do mo­jego konwoju do­dany z czte­rema gemej­nami i unte­rofice­rem, szło mi naj­więcej o rzecz wie­dzieć, dokąd mnie wiozą.

Jednego czasu na przemianie poczty gdy wszyscy odeszli od po­wozu za końmi i kup­nem po­trzeb swo­ich, zo­stał się tylko przy mnie staruszek żołnierz. Zacząłem go prosić i dałem kilka pię­taków, aby mi po­wie­dział do­kąd wie­ziony je­stem, ten długo na­ociągawszy się z bo­jaźnią i stra­chem powie­dział, że tylko wie, że do Ir­kucka są wy­zna­czeni. Już co­kolwiek by­łem spokoj­niejszy rozumiejąc, że na Ir­kucku się skończy, do któ­rego przy­bywszy dopiero zacząłem nowy wo­jaż i do­świadcze­nie. Dzie­siątego dnia ze Smoleńska stanęli­śmy w sto­łecz­nym mie­ście Mo­skwie. Nigdy ze mną ofi­cer ani żołnierz nie chcieli ga­dać, zawsze czło­wiek cos sobie nie­pew­nego wy­sta­wiał, jak tylko do­wo­żono do którego miasta, zdawało się, ze już na­stąpi egze­ku­cja śmierci, bo się u nich tak dzieje, że nie­wolni­ków rozsy­łają krymi­nali­stów i tam z nimi robią egzeku­cję. W Mo­skwie bawi­łem trzy dni, ale miasta nie wi­dzia­łem, zaw­sze osa­dzony byłem w ja­kimsiś od­dzielnym za­kącie.

Trzeciego dnia zwyczajnym sposobem zapakowany w kibitkę, którą zawsze za­słaniano w prze­jeź­dzie przez mia­sta i wsie, zaw­sze oficer pijany i jego podko­mendni, żadnej uczciwo­ści ani ludz­kości nie mia­łem od niego.

Z Moskwy byłem wieziony do Kazania, w którym mieście kilka dni bawiliśmy się, do każ­dego mia­sta prze­jeż­dża­jąc, zaw­sze sta­wali przed domem policji, lud się wszędy kupił, aż mi wyznaczone było miej­sce noc­legów i popa­sów. Ten spoczy­nek był nie dla mnie ro­biony, ale dla konwoju, który dla forsownej drogi nie mógł wy­trzy­mywać. Dawano wartę do miasta na noc za rozkazem mojego ofi­cera. Od Smoleń­ska do Ir­kucka trzech żoł­nie­rzy w mojej straży zgi­nęło, jedni nogi albo ręce poła­mali z wierzchołka mojej kibitki. Gdy pijani i nie­uważni z gór lecieli, zda­rzało się to często, że kiedy roz­pędzą ko­nie, kibitka się wy­wraca i konie wleką po ćwierć mili, a ja za­mknięty tłukę się jak śledź w beczce, lecz że byłem ob­wijany wo­rem, sieczką i słomą, to mnie rato­wało. W Ka­zaniu gdym sta­nął na kilkudnio­wym spo­czynku, dano mi dość dobra stancję w wielkim jed­nym domu mu­rowa­nym i pierw­szego dnia nie opatrzyli się, że moje okno z dru­giego piętra było na ulicę, warta mija tego nie uwa­żała, a ja wolno patrząc po­strzegłem kilku Pola­ków ofice­rów znajo­mych i rozma­wia­łem z nimi i za­in­formowałem się o wielu rzeczach. Lecz na nie­szczę­ście moje gdy do­strze­żono, ka­zano na­tychmiast okno na głu­cho za­bić i powró­ciłem do mojej daw­nej sytuacji. Z Ka­za­nia do To­bol­ska by­łem wie­ziony tymże sposobem bez żadnej po­wolno­ści, wygody i ludzko­ści. W tym prze­ciągu i przejeź­dzie drogi różne, nieszczęśliwe kolonie i miasteczka przeby­wałem, które są zalud­nione przez po­sy­łanych na zsyłkę, wtedy po­strzega­łem lu­dzi bez no­sów pięt­nowa­nych. Na każdym pra­wie prze­wozie ta­kie mon­stra da­wały się wi­dzieć.

Na jednym noclegu, gdy kobieta jedna jeść przyniosła dla straży, postrzega ofi­cer, że twarz była niepo­spo­lita i za­pytał się coby była za jedna? Odpowiedziała, że niegdyś Puł­kowni­kówna a dziś kowa­lowa je­stem po­słana na zsyłkę, przy­czyny nie chciała powie­dzieć za co. Na tej samej drodze po różnych kolo­niach i pocz­tach znaj­dowa­li­śmy bardzo wiele Polaków, któ­rzy jeszcze od barskiej konfedera­cji po­zosta­wali i już z nich wielkie kolo­nie roz­mno­żyły się.

Kazań Miasto, niegdyś Tatarskie Królestwo należące do Azji a przez Cara Iwa­nowa Ba­zyle­wicza podbite. Póź­niej przez Pu­cha­czewa zrujnowane, gdzie dotąd są jeszcze tego znaki zwaliska mu­rów i góry. Miesz­kają w sa­mym mie­ście Ro­sja­nie, Ta­tary, Czerkasy, Wodziaki, Syrjanie, Mogoło­wie. Te narody ko­loniami miesz­kają mię­dzy Kaza­niem i Tobol­skiem. Ka­zań nad rzeką Ka­zaną i wielką rzeką Wołgą, która wpada do morza Ka­spij­skiego, idzie mię­dzy pierw­szymi z miast. Li­czy się po Pe­tersburgu i Moskwie trzecim mia­stem, Które ma bar­dzo wiele do­mów na gust Europej­ski, skle­pów po­rząd­nych liczą do kilku tysięcy kup­ców. Znaj­duje się w tym mieście obraz Matki Bo­skiej, na­zywają go po rosyj­sku Ka­zań­ska Najś. Panna, lud z bar­dzo dalekich krajów przycho­dzi na od­pusty i wiele przyno­szą dla miasta zysku.

Kilkanaście pokoleń Tatarów są osiedli koło Kazania i na drodze do Tobolska. Na­rody Czu­wackie, Czere­mi­skie, Ostjaki płacą podatki podusznego: te narody różnią się zupeł­nie mię­dzy sobą języ­kiem, fizjogno­mią, obycza­jami, reli­gią; uży­wają naj­więcej maho­metań­skiej, dają rekrutów w małej liczbie, uprawiają rolę, która w tym miej­scu jest bar­dzo żyzna. Z Tata­rów i Kałmuków wybierają część na ochotnika do woj­ska. Koło Kaza­nia wielkie są ko­lonie i bo­gate, za­ludnione tymi, któ­rzy od dawna już po­słani na zsyłkę, z tych tedy biorą bardzo wiele do puł­ków kozac­kich, dają im ty­tuł Ko­zaków albo Doń­skich albo Czarnomor­skich i tym napeł­niają pułki, gdyż samych Dońców jest bar­dzo małą liczba na Donie i pro­win­cjach Ko­zac­kich; same prawie kobiety gospo­darują i upra­wiają rolę, gdyż nie mają pra­wie męż­czyzn, bo wszyst­kich biorą do wojska. Koło Ka­zania można li­czyć najmniej do dwóchkroć sto ty­sięcy róż­nych Tata­rów, którzy upra­wiają zie­mię i opła­cają bar­dzo dro­gie podatki, część fu­trami, część pie­niędzmi. W tej stronie jeszcze mało zwie­rza i nie tak piękne jak w dalszych kra­jach Syberii; w tym mieście jeszcze nie znaj­dują się so­bole, tylko po­pie­lice, ry­sie, kuny, bobry i niedź­wie­dzie, któ­rych mają pod dostatek. Po tych lasach Ka­zań­skich na drodze do Tobolska naj­wię­cej mieszka róż­nej hordy, które upra­wiają ziemię i po­lowa­niem się ba­wią.

Tatarowie ubiorem zbliżeni są do Tureckiego. Kobiety chodzą w zawojach i no­szą mate­rie bo­gate, które ku­pują od Bu­char­skich na­rodów. Kobiety są piękna i bogato się ubie­rają, ale ich naj­więcej mężowie za­my­kają, przy­padkiem ich można kiedy widzieć; mają swoje seraje i po kilka żon utrzy­mują. W domach czy­stość naj­więk­sza; dwie kon­dy­gna­cje ławek ko­bier­cami i dywanami wy­ście­łane, siadają nogi na krzyż zało­żywszy. W każ­dym pra­wie domu mają koło pieca wprawione kotły, w któ­rych oparzają młode gołąbki i naj­gustowniejsze robią po­trawy.

Ceremonie ślubów; kawaler kiedy się stara o pannę, posyła do niej konia, któ­remu jeżeli plecie w grzywę wstążkę, od­syła go nazad i pewnym jest jej ręki.

Ceremonie dalsze tego obchodu naśladują żydów, każdy z wesel­ników musi zjeść całą kurę a żywe prze­rzu­cają przez głowy mło­dym, aby latały i inne tym podobne dziwactwa.

Drugie narody inne mają obrządki i różnią się od siebie, ale w wielu zwyczajach naśla­dują Tur­ków: mają swoje me­czeta bez dzwonów, modlą się do miesiąca i ściśle zacho­wują swoje święta.

Mają wielkie stada koni, bydła, owiec, wszystkie fabryki różnych materii mają swoje wła­sne, od ni­kogo nic nie ku­pują, ko­biety ubie­rają się tak jak mężczyźni, różnią się tylko kolczy­kami, które no­szą u uszów oso­bliwszej wielko­ści, srebrne formy pół­mie­siąca, na pier­siach sztuki wylewane ze srebra słońca.

Kobiety Czeremiskie bardzo zręcznie i śmiało na koniach jeżdżą, z łuków strze­lają, na in­stru­men­tach grają, które same ro­bią i na fason naszej gitary struny z włosów końskich, która jeszcze jest panną ta nosi pleciony warkocz z włosów koń­skich pra­wie do samej ziemi, na końcu warko­cza różne dzwoneczki, po środku srebrne sztuki, które roz­dzielają włosy.

Czeremisi podobni są do Czuwaczów i zgadzają się prawie we wszystkich ob­rządkach i etykie­tach.

Wodziaki różnią się uprawianiem więcej roli, ubiór zupełnie od­mienny, kobiety no­szą czapki wy­so­kości łok­cia po­dobne do gre­na­dierskich z materii bogatych, róż­nymi franzlami prze­platanych; bie­li­zna cała wy­szy­wana bar­dzo pra­cowicie włócz­kami; zwierzchnie suknie naj­więcej materii bu­char­skich. Mężczyźni zaś nie są ele­ganci, noszą zwierzchnie suk­nie z róż­nego zwie­rza, z psów, z koń­skiej skóry.

Ostjaki niemal we wszystkim do pierwszych są podobni. Religii wszyscy są po­gańskiej, róż­nią się tylko ję­zy­kiem. Ba­wią się częścią rolą, częścią polowaniem, biją zwierza z łu­ków, bo innej im broni mieć nie wolno.

Te wszystkie narody nie są bardzo liczne, bo ledwo po kilkaset osady (w osa­dach) po la­sach po­roz­rzuca­nych miesz­kają.

Z Kazania do Tobolska liczą przeszło 300 mil europejskich, i na samej tylko dro­dze znaj­dują się niektóre bar­dzo rzad­kie tylko mieszkania, miasteczka i kolonie z ludzi na zsyłkę posłanych, dla utrzymania samej tylko poczty na przejazd w dal­sza Sybe­rię. Poczta bardzo tania; kosztuje jedna kopiejka na wiorstę , a wiorst w mili liczy się 7, a na powrót z Sybe­rii do Mo­skwy w dubelt. Jadąc tak traktem nad rzekę wielka Kamą część naro­dów Buchar­skich część Kałmuków miesz­kają. Wiele wi­dzieć się daje róż­nych ruin, z ogromnych mu­rów zwa­liska i kamieni, po­strzega się też Cyganów nad tą rzeką miesz­kają­cych.

W tejże podróży napotkałem do dwóch tysięcy Polaków, którzy byli pędzeni ku Czar­nemu Morzu na okręta. Kolo­nie znacz­niej­sze na tym trakcie są: Iszyńsk, Krasnołoboda, Jumeń, Tara, Turyńsk i inne tym podobne.

Te wszystkie kolonie są osadzone ludźmi nieszczęśliwymi na zsyłkę powysyła­nymi, dziś już są rozmno­żone, upra­wiają część roli, bawią się polowaniem z łu­ków i tym podatki opłacają.

Przywieziony byłem do Tobolska a po dwudniowym tam pobycie wieziony byłem dalszą droga do Ir­kucka. Na tejże dro­dze na­potka­łem po kilkaset ludzi obojej płci na zsyłkę pę­dzo­nych ku Irkuc­kowi, przy małej bar­dzo straży, któ­rych od ko­lonii do kolo­nii przesyłają i ledwo w końcu trzeciego roku z Europy do Irkucka przy­by­wają. Uciec tam żaden nie może, gdyż nig­dzie nie masz po­bocz­nych ko­lonii; prócz na jednej chyba dro­dze, która przez Piotra Wielkiego tymi dzi­kimi i ciem­nymi la­sami ro­biona do Ir­kucka. Te kolonie osa­dzone tylko dla samej poczty: gdyby zaś który chciał z nie­wolników w bok gdzie się schro­nić do la­sów, zo­sta­nie od zwie­rząt zje­dzony.

Na połowie drogi do Irkucka tych niewolników rozdzielają, z których jednych od­dają do ko­palni, nie­któ­rych osa­dzają na ko­lo­niach pu­stych, innych zaś do fabryk jako to do Mi­nużyń­ska, Barnaul, Ekate­ryn­burga, w tych trzech miej­scach biją pie­nią­dze miedziane pod zna­kiem dwóch soboli, i ta miedź z Syberii nie wycho­dzi, po­nieważ w niej znaj­dują się cząstki złota i na gra­nicy rewidują. Z tymi nie­wolni­kami cią­gną losy i do­bie­rają mał­żeństwa, ślub daje kapi­tan spraw­nik, do­piero w kilka lat kiedy się zda­rzy, Pop stwier­dza. I ta­kim sposo­bem od Piotra Wiel­kiego osady się duże pofor­mowały. Ojcowie tych ko­loni­stów byli bez uszu i no­sów, dzi­siejsza po­tom­ność jest zdrowa; biorą ich w re­kruty do ko­mend Sy­bir­skich. Cer­kwie są bar­dzo rzadkie; księża posłani na Syberię jeśli mają sy­nów, posyłają ich do To­bolska albo Ir­kucka do wy­święce­nia.

Gdy byłem wieziony pustynią, dawani konwoje, gdyż na trakcie ku Kiachcie do granic chiń­skich często bar­dzo na­pa­dają ka­ra­wany ku­pieckie, które idą z Mo­skwy. Są to roz­bójnicy, którzy posłani do różnych ko­palni i fabryk ucie­kają, łą­czą się z inną dziką hordą, mają mieszkanie swoje zimą i latem po lasach głu­chych i nie­dostęp­nych. Ży­czy­łem so­bie w tym czasie, aby już rozbój­nicy mo­gli napaść i mnie ode­brać, lecz mój oficer zapo­wie­dział mnie uczci­wie, gdyby w przy­padku mieli na­paść, ma rozkaz se­kretny, mnie pierw­szego za­bić; i potem już nie ży­czyłem, aby podobny wy­pa­dek mógł się zda­rzyć.

Gdy w tej drodze zachorowałem śmiertelnie, chciałem, aby z kilka dni oficer mógł się za­trzymać; lecz od­po­wie­dział mi na to: wi­dzę i wchodzę bardzo w stan twój dzisiejszy, lecz ma rozkaz nig­dzie się nie zatrzy­my­wać, a w przy­padku śmierci, ciało moje powinien za­wieźć do miejsca prze­znaczo­nego. Włożony zo­sta­łem do ki­bitki chory i wie­ziony w dal­szą podróż do mia­sta Niższy Udyńsk, koło którego mieszkają na­rody Tun­guzy, Ka­ra­gazy, mają stada wielkie re­nife­rów i przy­jeżdżają czę­sto do tego miasta reniferami. Zimą i latem w la­sach i pomiędzy gó­rami miesz­kają, namioty mają z fu­ter i palą ogień w środku, koło któ­rego się ogrzewają i u wierz­chu tego na­miotu od­kryta jest dziura, któ­rędy dym wy­cho­dzi. Gdy wypasą miej­sce jedno, to jest mech biały, który gdy wyje­dzą, zabie­rają cale swoje domki i z tabo­rem swoim prze­noszą się w dal­sze miej­sca. Wy­biw­szy zwie­rza pobliż­sze, je­dzą bez żadnego braku. Zabierają dzieci, swoje rekwi­zyta i to wszystko na re­nife­rach prze­wożą, które tak są zmyślne, że przecho­dząc przez gęste lasy nie ob­rażą prze­wo­żonych dzieci, które w kro­becz­kach są, do nich przywiązane.

W mieście zaś samym Udyńsku najwięcej mieszka ludzi posłanych na zsyłkę, dziś są bar­dzo bo­gaci, bo się bawią upra­wia­niem roli i handlem. Na drodze bli­sko Irkucka wiele bar­dzo przejeż­dża­łem kolonii, w któ­rych znaj­dowałem Po­la­ków, Prusa­ków Szwe­dów. Ci ludzie za­brani byli w dawniej­szej wojnie z Szwe­dami i Prusa­kami i nie zostali uwol­nieni, gdyż po­dali ich za zmarłych, a dziś są znaczne kolonie ziemię uprawia­jące.

Zbliżyliśmy się już o pięćset wiorst ku Irkuckowi, stanęliśmy na dwudniowy wypo­czynek. Kolonia była dość znaczna, w któ­rej i sąd niższy znajdował się. Że żołnie­rze byli sfaty­go­wani i pokale­czeni od wy­wrotu ki­bitki, ofi­cer uczynił rekwi­zy­cję i dano wartę miejską. Złą­czyli się pod komendę mego oficera w drodze do trans­por­towa­nia do Irkucka.

1. Dominikanin Przeor Rakowski

2. Horodeński z Mińskiego

3. Jan Zienkowicz i dwóch zaściankowych szlachty z pod Oszmiany w żupanach płó­cien­nych, któ­rzy upra­wiali rolę, a naj­nie­win­niej zo­stali wzięci, dlatego, że mieli nazwiska niektó­rych dwóch na­szych ma­gnatów w Smoleń­sku, na któ­rych miej­sce za­mienieni zo­stali, bo tamci się opłacili.

Ostatniej nocy po spoczynku, gdy już nazajutrz mieliśmy się do po­dróży, poczty i konie już w nocy były go­towe przed do­mem, warta miejska, żołnierze i my spali­śmy dobrze, ogień re­gularnie palił się noc całą, gdzie­śmy tylko nocowali. Tej sa­mej nocy ofi­cer wstawszy cicha­czem zgasił ogień; gdy już dzień nastał już poczty były zaprzę­żone, wstaje, po­rywa się nasz ofi­cer, wpada niby w konwul­sje, zżyma się, szuka po łóżku i po­wiada, że pugila­res mu zo­stał ukra­dziony, w któ­rym były nas wszyst­kich pie­niądze, jakie tylko kto miał, ponie­waż nie­wolnikowi nie wolni ich mieć: pienię­dzy skarbo­wych też miał bardzo wiele, to jest na pocztę do Irkucka na dwa­dzieścia dwa koni, gażę na całą komendę na sześć miesięcy i na po­wrót dla sie­bie z Irkucka do Smo­leńska, który sam ukradł, wy­szedł w nocy i podłożył pod kamień blisko przewozu, któ­rędy mieli prze­jeż­dżać, o czym później się dowie­dzia­łem.

Sprowadza niższy sąd do naszej kwatery, każe siebie rewidować, nas wszystkich i rze­czy nasze. Sąd niż­szy nic nie zna­lazł, tylko księdzu przeorowi jeden z tych ichmościów ukradł zegarek. Po­słali natych­miast oficera-kuriera do Ir­kucka z do­niesie­niem o przy­padku, że wiezie bardzo waż­nych i se­kretnych aresztan­tów i no­cu­ją­cych w ko­lo­nii, która osa­dzona sa­mymi zło­dziejami i roz­bójnikami, przy ichże straży okra­dziony zo­stał i nie ma za czym dalej wieźć aresz­tan­tów; do tego jesz­cze ze­brał zaświadczeń od mieszka­jących tam niektórych ma­łych kupców, że kilka im ta­kich przy­pad­ków w tej ko­lonii z in­nymi zda­rzyło się. Kurier powró­cił z pie­niędzmi na pocztę z zale­ce­niem prędszej jazdy.

Przywiezieni zostaliśmy 5 miesiąca przed Irkuck, przed którym wielka rzeka An­gara znaj­duje się, której, jako po­wia­dają, w całej Europie nie ma, tak bystro bie­żą­cej bo wię­cej mili w górze stoją statki, którymi w oka mgnie­niu prze­wożą do Ir­kucka. Rzeka ta wy­pada spod gór wyniosłych bar­dzo od Chin leżących.

Spotkał nas komendant na brzegu, kiedyśmy się przewieźli i każdy osobno był wzięty, je­den o dru­gim już nie wie­dzieli, ja moich kom­panów już odtąd więcej nie widziałem; wzięty pod nową straż i osa­dzony w domu kupca jed­nego, byłem bar­dzo słaby i nie­spo­kojny ro­zumiejąc, że tu się odkryć może przezna­cze­nie moje. Był to dom prawie nie mieszkalny, gdy sam Pan tego domu handlem się bawił. Sala była bar­dzo pięknie ume­blo­wana i kil­ka­dziesiąt drzew chiń­skich w wa­zo­nach stało. Drzewa najpyszniej­sze doty­kały się prawie sa­mego sufitu, byłoby to miejsce dla mnie ra­jem, gdy­bym sam nie był niewolni­kiem.

Komendant miasta bardzo ludzki człowiek przysłał mi jeść ze swo­jego stołu. Nie było sztuć­ców tylko sama łyżka, gdyż nie­wolni­kom nie daje się noża nigdy. Naza­jutrz odwie­dził mnie tameczny doktor, czło­wiek bar­dzo uczciwy, no­wowy­szły z aka­demii pe­tersbur­skiej, ożenił się w tym miejscu z najpierwszego kupca córką, który dostał rangę puł­kow­nika i krzyż za wyna­le­zienie wiele wysp na oce­anie. Przed moim wyjaz­dem w dal­sza po­dróż, po­nadawał mi bar­dzo wiele le­karstw, ostrze­gając abym to menażo­wał, bo już tam dalej ani le­karstwa ani dok­tora nie znają.

Zapytał mi się, co ja zwykłem pijać z rana? Odpowiedziałem, że dawniej pijałem kawę, dziś o tym zapo­mnia­łem. Dał mi na sa­mym wyjeździe wór wielki skórzany, mocno za­wiązany, zalecając abym te ziółka za­żywał co­dzien­nie wiele chcę. W dro­dze gdym roz­pako­wał, zna­lazłem na miej­scu ziółek kilka funtów kawy tartej su­ro­wej, i głowę dużą cu­kru. Kawa i cu­kier jest rzecz bardzo droga w Ir­kucku. Na wyjeździe samym przyszedł Ko­mendant i przy­nie­siono za nim futro ze skóry je­leni, wło­żono do mo­jej kibitki. Zadzi­wiło mnie to bardzo, że je­sień jeszcze była niepóźna i dość było ciepło, a mnie dają fu­tro: na co odpowie­dział Ko­men­dant, że za kilka dni spotkam się z zimą, co się tak stało, bo za tyleż dni już coraz da­lej były znaczne mrozy i to futro bardzo się przydało.

ROZDZIAŁ 4:   PODRÓŻ DALSZA DO OCHOCKA

Byłem wieziony od Irkucka do rzeki Leny kilkadziesiąt mil powozem przez dzika hordę, do któ­rego miej­sca już się za­koń­czyły ki­nie. Znalazłem już kilka statków uładowanych towa­rami przez kupców Irkuckich, któ­rzy to­wary swoje, re­kwi­zyta okrętowe spuszczają rzeką Leną do Irkucka, stamtąd na wierzchowych ko­niach wię­cej trzech tysięcy wiorst pu­stymi gó­rami, lasami transpor­tują na okręta, co ich to wszystko bar­dzo wiele kosztuje, bo wiele koni z pa­kami ginie od niedź­wie­dzi.

Opuszczone miejsce kilkadziesiąt mil przed Irkuckiem, do którego wracam się. Ki­ringa ko­lonia leży na trak­cie do Ir­kucka, zło­żona z kilkudziesiąt osady ludzi na zsyłkę posła­nych, dano nam kwaterę, dość dom duży i wy­godny. Okna były z tego kamie­nia, który się drze na arkuszowe pa­piery, przez które dość wi­dać, na tym szkle pisze się krzemie­niem lub goź­dziem jak na pergami­nie.

Gdy oficer pilnujący podweselił sobie podobnież i cała warta, wtem przypatruję się oknu i widzę ja­kieś wier­sze na­pi­sane, któ­rych było kilkanaście po rosyjsku ręką Księżny Men­szy­kowej, która z mę­żem gdy była wie­ziona na zsyłkę w tym domu jakiś czas spoczy­wała, która wypłakawszy oczy ze smutku nie doje­chała do Ber­czo­wych ostrowów, umarła w dro­dze i tam pogrze­biona została. Gdy te wier­sze czytam na oknie, wcho­dzi bar­dzo stary czło­wiek lat ośmdzie­się­ciu wieku, który z mło­dych dni będąc ofi­cerem, do tej kolonii był ze­słany. Skoro wszedł do mnie oświad­czył, że jest go­spo­da­rzem, i że jego dom jest prze­zna­czony na spo­czy­nek ludzi nie­szczęśli­wych, ba­wił mnie przez dwie go­dziny; wiele mi na­opo­wia­dawszy awan­tur, aż nie wy­spał się mój ofi­cer, który sta­ru­szek już się więcej ze mną nie wi­dział.

Przy tej kolonii płynie wielka rzeka Kirynga, koło której bardzo wiele Jakuckich na­rodów mieszka, którzy w po­lach gdy ro­bią koło siana lub innych robót najczę­ściej są nadzy prócz że mają rze­mienne fartuszki, ob­sia­dają ich mu­chy duże, bąki, ko­mary, pająki, lecz oni tego nie czują dla gru­bości skóry, przez którą ból nie do­cho­dzi.

Rodzaj tych ludzi, karłowaty, nogi najwięcej łękowate, oczy wielkie, twarze szero­kie, i koloru he­bano­wego, włosy czarne i grube jak u koni, silni nadzwyczajnie, na koniach bardzo męż­nie jeż­dżą, z łu­ków celnie strze­lają i są ażar­downi. Ko­biety bar­dzo pięknie się ubie­rają; suknie mają ze skór, malują farbami i praco­wi­cie tam­borują roz­licznymi trawami, wło­sami koni i in­nych zwierząt, konno jeżdżą i z łuków strze­lają, są czerstwe i wy­trzymałe na zimno.

W Jakucku takie jest zimno jak w żadnej części Syberii. Mają wiel­kie stada, koni i bydła, koni nigdy nie kują a te po naj­więk­szych lo­dach i górach tak się trzymają jak najostrzej kute.

Kirynga należy do Irkucka, wielki to jest naród, którego liczą do kil­kadziesiąt ty­sięcy lud­no­ści.

W Jakucku przebyłem część zimy do wiosny; znalazłem Komen­danta znajo­mego puł­kow­nika S..., który dość w Woje­wódz­twie Miń­skim dla rabunków był sławny. Porobiwszy wiele kryminałów w Pol­sce wyrobił się na ko­mendę do Ja­kucka, wiele miał Pola­ków przy nim słu­żących i ci tedy sekretnie mi opowiadali, wiele on ma róż­nych sprzę­tów ra­bow­nych, mon­stran­cjów, kieli­chów, paten i wiele innych sprzętów ko­ścielnych.

Jakuck jest to punkt głębokiej Syberii ku portu Ochock zwanym zbliźny ; w tym miejscu najwy­bor­niejsze so­bole i lisy czarne, grono­staje. Leży nad rzeką Leną. Narody Jakuckie dzielą się na dwana­ście Książąt albo Kniaziów, którzy z rodu swojego biorą pierwszeń­stwo. Język mają bardzo obfity podobny do tatar­skiego i kiedy się z sobą schodzą, nie­ustannie ga­dają o zwie­rzętach, o po­lowaniu i o ma­rach, które im się widzieć dają, toż samo i ko­biety, ale nierów­nie wię­cej konwer­sa­cji mają o Sza­manach (1) i widze­niach róż­nych. W niektóre dnie byłem pro­szony na obiad do tego ko­men­danta. Pew­nego czasu na

(1) Szamani są to kapłani czyli wieszczowie tych narodów.

jego imieniny byłem zaproszony, gdzie niespodziewanie znalazłem kilka osób na­szych Po­laków, nie wie­dząc, że się w tym sa­mym miejscu znajdują. Pierwszy Oskisko Strażnik Li­tewski, drugi Du­brazki z Wo­ły­nia ma­gnat, trzeci Horo­den­ski Puł­kow­nik, czwarty pod­puł­kownik Zienkowicz. Na tej kompanii przez cały ten bal można się było ba­wić, ale roz­mawiać ostroż­nie. Komen­dant miał żonę Szwedkę, były tam i tańce ale z na­szych Pola­ków nikt nie tańcował prócz Zienkowi­cza, który się umi­zgał do jego żony; i po­tem już Zienko­wi­czowi nie wolno było bywać u te­goż komen­danta. I w in­nych miej­scach było dość ko­biet, żon ofi­cjali­stów, gdyż w tym miejscu znaj­dował się sąd niższy. Ko­menda była złożona z kil­kuset lu­dzi i rozka­zy­wała tak licz­nemu i męż­nemu naro­dowi. Komen­dant w dnie nie­które zapraszał na­czelników Jakuc­kich niby dla oświad­czenia ja­kie­goś monar­szego roz­kazu. Ka­zał im w kilku kotłach jeść gotować i częstował ich przy go­rzałce, która tam jest bardzo droga. Każdy z Jakuckiej star­szy­zny przywiózł jemu w pre­zencie kilkana­ście najczar­niej­szych so­bolów czym mu się bal zawsze do­brze na­grodził.

Te narody opłacają podatek sobolami i z kilkudziesięciu soboli wy­bierają jednego dla skarbu, w tym tylko braku bar­dzo wiele komen­dant profituje. Kupcy posłani z Irkucka przy­byli z różnymi re­kwizy­tami i towa­rami rzeką Leną do Ja­kucka, czy­nią przy­go­towania przez część zimy na wyprawę do portu Ochocka. By­dło za bez­cen kupują i rzną, mięso wędzą a w skóry mokre bydlęce obszy­wają swoje to­wary. Starają się zacho­wać po cztery kamienie wagi, go­dzą Ja­kutów z kilku tysią­cami koni, na każdego ko­nia zawie­szają wagi po cztery ka­mienie z każdej strony a je­den kamień wagi na środku umiesz­czają, i tak mając już wszystko przygoto­wane, biorą żywność trzechmie­sięczną. Ja­kuci maja zaś żywność dla siebie, po­prze­wie­szane na ko­niach wory skó­rzane a na­lane mlekiem, z któ­rego po­tem ma­sło robi się. Mają też mięsa by­dlęce wę­dzone, a kiedy ich za­braknie, je­dzą i ko­nie. Na miej­scu chleba mają go­mółki z kory drzewa li­stwinicy, która podobna jest bardzo do naszej jo­dły. Ob­darłszy pierwszą korę z drzewa, druga biorą do je­dzenia, su­szą i mieszają z czę­ścią mąki żyt­niej, której do­stają bardzo drogo od kup­ców Ru­skich w Ja­kucku miesz­kają­cych. Gdy za przyj­ściem wio­sny rzeka Lena pu­ściła, zaczę­li­śmy już mieć się do po­dróży. Kole­dzy moi z tego już miej­sca zo­stali roz­dzieleni i każdy poszedł w swoje przezna­czenie.

Był przysłany Myszyński kniaź na komendanta do Ochocka i do tego konwoju przyłączył się ko­mendant Ja­kucki Szle­wiry. Re­ko­mendował mnie onemu, ile że mnie zna dobrze, aby z swojej strony okazywał dla mnie dowody przy­jaźni, zwłasz­cza, że do Ochocka by­łem prze­znaczony, nie wiedząc jeszcze o dalszej mej po­dróży. Miałem ze skarbu wy­zna­czonych dla mnie i pod moje rze­czy do Ochocka cztery konie. Było zaś w ogóle koni cztery ty­siące a na dwa­dzie­ścia je­den Ja­ku­tów. Cała ta nasza komenda była uzbrojona w łuki i strzały; ze dwa tygo­dnie przeszło, nim ta całą wa­taka mo­gła się przez rzekę prze­pra­wić.

Ruszył ten konwój, koń za koniem, bo tak były urządzone. Drogi żadnej, tylko strasz­nymi górami i wąwo­zami, ale w kon­woju było wielu Jakutów którzy wiedzieli drogą. Są znaki jesz­cze drogi po ko­ściach koń­skich, gdzie przez tyle już lat trans­porta cho­dzą do portu Ochocka, gdyż konie pa­dają po drodze, część od niedź­wiedzi zje­dzona. Od Ja­kucka do Ochocka li­czą bli­sko trzy tysiące wiorst. Przez tę całą drogę nie wi­dać żad­nych ko­lonii. Prócz nie­wiel­kiej osady nad prze­wozem. Wy­brzeża rzek za spad­nieniem naj­mniej­szego dżdżu nie­znacznie się wodą na­peł­niają, gdzie dwa lub trzy dni stać po­trzeba nim woda opadnie, gdy później i nogi za­moczyć nie można.

Na każdą górę kiedyśmy się wdarli, Jakuty czynią nabożeństwo i od każdego ko­nia wy­rwawszy włosy, za­wie­szają na drze­wach. Prze­chodząc najwyższe góry, są tak wysokie miejsca, ze ledwo człowiek pie­szo i po jed­nym koniu może prze­pro­wa­dzić, a z obu stron straszne przepaście, gdzie mieliśmy kilka przypad­ków, że po kilka­na­ście koni z ludźmi gi­nęło. Szli­śmy zawsze od rana do wie­czora bez popasu; stawali­śmy na nocleg zawsze nad jakąś rzeką i paszą dla koni. Wy­strze­ga­liśmy się tylko nocować blisko udrów dla na­padu niedź­wiedzi; gdzie każ­dej nocy mu­siało kilka koni zgi­nąć. Sta­nąwszy na noc­leg, roz­niecili­śmy obo­zem wko­lu­teńko ognie dla po­strachu niedź­wiedzi, każdy wydobywał swoje za­pasy i jeść goto­wali. Kupcy mieli swoje namioty, prócz tego jeszcze na twarzach sitko wło­siane z płótnem, których zrzu­cać nie można było dla nie­zwy­czaj­nego mnó­stwa, komarów i robac­twa w powie­trzu znajdują­cego się. Zaś oddy­chać bez sitka było nie­po­dobno, gdyż ina­czej gęba byłaby robactwem napełniona.

Najwięcej żyliśmy herbatą, mając ze sobą suchary żytne i pszenne. Mieliśmy też słoninę wę­dzoną, krupy i naj­przed­niej­szy barszcz go­towany z młodych liści od Rumbarbarum, który tam obficie ro­śnie; nie okrą­gły tylko jak marchew albo pa­ster­nak, nie ma też takiej mocy jak Chiński, bo cztery razy więcej się go używa. I tak każdy dzień Jakuci ko­nie zbie­rali, pako­wali na nowo i ciągnęliśmy dalej w na­szą podróż. Re­kwizyta, które się zo­sta­wały po ko­niach zjedzo­nych przez niedź­wie­dzi, zabie­rano na inne konie. Nie­zmiernie mi przykro było odby­wać tę podróż na siodle drewnianym, aż nie za­ra­dziłem so­bie póź­niej wy­pcha­niem worka mchem.

W tej podróży jechał z nami Myszyński, który jak się rzekło, prze­znaczony był na ko­men­danta do Ochocka. Nie miał on nad ta ka­rawaną żadnej władzy, bo to była ku­piecka, ale ja sobie przywłasz­czył. Nie przywykłszy do tak ciężkiej po­dróży i wierz­chowej jazdy, kazał so­bie robić różne lektyki; szedł jeden koń z przodu a drugi z tyłu tego po­jazdu. Dla miejsc cia­snych i wą­skich, kazał przed sobą prze­bić drogę i zażył subordyna­cji nad tymi naro­dami, które nie przywy­kły do słu­cha­nia rozka­zów komendanta. Nie­któ­rych pała­szem porą­bał i przy­prowa­dził do wiel­kiego nieszczę­ścia, bo na­rody po­rzu­ciw­szy wszystko to jest: ko­nie i ekwipaże, rozsypali się po la­sach i górach. Staliśmy na jed­nym miejscu trzy dni i żad­nego z nich nie wi­dzieli­śmy; niektórzy kupcy umiejąc język Jakucki, po­wła­zili na drzewa i za­częli wołać ich ję­zy­kiem, za­kli­nać na ich bo­gów, aż na­reszcie dali się nakło­nić. Komen­dant ich prze­prosił i tak dalej ruszy­li­śmy w po­dróż.

Po tej drodze nad rzeka Aldan znaleźliśmy piękny cmentarz, znaki chrześcijan z napi­sami róż­nymi, któ­rzy po­umie­rali po­słani na zsyłkę, lub z wojażu. Dalej zna­leź­liśmy grób kapitana angiel­skiego z piękną wy­stawą.

Mieliśmy nocleg ostatni blisko portu u narodów Tunguzów w czar­nym bardzo le­sie świer­ków, na­zy­wało się to miej­sce Niedź­wie­dzie Ucho. Ta noc była najnie­spokoj­niejsza, ognie wkoło kładli Ja­kuci krzyk usta­wiczny i szum morza dał się już sły­szeć. W tym miejscu kilka rzek rybnych spa­dało do morza, nie­zli­czone mnó­stwo tu było niedźwiedzi i mimo naj­więk­szej ostrożno­ści kilkana­ście koni stracili­śmy.

W tej kolonii wielu kupców bardzo sprofitowało za tytuń i paciorki szklane kolo­rowe, za co dostali od nich so­boli, lisy czarne, grono­staje itd. Gdyśmy uszli kilka­naście wiorst, postrze­gliśmy prze­strzeń Oceanu. Za­dzi­wiło to bar­dzo pierw­szy raz widząc, i brzegiem po nad sa­mym morzem przybyliśmy do Ochocka.

Komendant nasz podróżny objął zaraz miejsce swoje, którego ta­meczni ze stra­chem jak Boga wi­tali. Po­chle­bia­łem ja so­bie, że znajdę u niego ludzkość, i grzeczność, którą on mi oświadczał; ale przeciwnie od­dany by­łem do domu jed­nego z majt­ków i z nich sa­mych straż do mnie przy­dana.

Kazał mi przyjść do siebie kilka razy i nazad odprowadzano mnie a moją strażą. Kupcy tymcza­sem łado­wali okręty, bo jesz­cze nie był czas do wyjścia.

Ochock leży nad samym Oceanem, na piasku w klinie między mo­rzem i rzeką wielka Ochotą; znaj­duje się do­mów drew­nia­nych do sześciudziesiąt. Mieszkają tam niektórzy fak­torowie od kup­ców Ir­kuckich, część wielka majtków, ofi­cja­listów róż­nych, rze­mieślni­ków do budowania okrętów. Jest także w tym miej­scu cer­kiew z księ­dzem.

Bywają przypadki, że w czasie burzy wielkiej morza, napełni się rzeka i podczas tej bu­rzy domy nikną.

Komendant dla przywyknienia do powietrza morskiego, kazał mnie często prowa­dzić i ba­wić po nad mo­rzem. Jed­nego czasu siedzę na wyrzuconym drze­wie, przypatruję się ty­siącznemu stwo­rzeniu, słyszę, że ktoś po ka­mie­niach idzie do mnie i po­strze­gam czło­wieka dość wspaniałego w pięknym ubiorze. Zdawało mi się na pierw­szym wstępie, że ja­kieś stwo­rzenie wyszło z mo­rza. Zbliża się do mnie i pyta z jakich je­stem na­rodów człowiek: od­po­wiadam, ze z nie­szczęśli­wego. Rzecze mi: to za­pewne Polak je­steś; znam ten na­ród i ich inte­res. Ja je­stem ku­piec posłany z kantory Irkuckiej dla wypra­wie­nia okrę­tów na Ocean i po­wra­cam do Rosji. Je­żeli masz przyjaciół i familię, pisz przeze mnie a zaręczam, że doj­dzie. Po­świę­cam ja się to na rzecz bar­dzo wielką, bo gdybym został za­skarżonym, że roz­mawiam tylko z takim nie­wolni­kiem, był­bym w niewolę gdzie ode­słany, ale czuję aż nadto i chcę nieszczęśli­wemu do­pomóc. Za powro­tem do stancji swojej (mówi do mnie) znaj­dziesz papier, pióro, atra­ment i lak: już tam jest warta ode mnie prze­ku­piona; nawet i sam majtek, któ­rego masz przy sobie. Pytał mi się oraz, czy znam kup­ców krakow­skich La­skiewi­czów, z którymi ja mia­łem handel na czar­nym mo­rzu woskiem: od­powiedzia­łem, że bar­dzo mam wielka przyjaźń na­wet. Był on ro­dem Gre­czyn.

Zapytuje mnie znowu czy nie byłem ja w spisku na zabicie Monar­chini, ponieważ tu żad­nych nie­wolni­ków nie po­sy­łali; od­po­wie­dzia­łem, że nie byłem.

Może, iż byłe gorliwszym nad innych , dlatego stałem się taką ofiarą, pytam go się na­wza­jem, czy nie wie o moim dal­szym prze­znaczeniu, powiedział, że nie wie; bo już tu ziemia się zakończyła . Jest tylko na Oce­anie półwysep, który zo­wią zie­mią kam­czacką, koło której kilka portów i cytadeli, może tam bę­dziesz po­słany.

Może opatrznością zostaniesz kiedy uwolniony, ale tu zwyczajem, że za umar­łych po­dają. Na­uczył mnie spo­sobu po­stę­po­wania dal­szego, darował mi kamień tytu­niu, co tam jest rze­czą naj­droższą, kamień su­cha­rów i różnych ca­cek dla tam­tych na­rodów. Dora­dził mi, abym jeśli mam jakie pienią­dze swoje ponaku­po­wał za to róż­nych rze­czy, ponie­waż tam pie­nią­dze kursu żadnego nie mają. Po­brał moje li­sty, które drogą han­dlu do­stawił do Peters­burga i po śmierci już Kata­rzyny rozdał Polakom naszym, a nota dostała się do rąk Pawła, co mi przy­niosło oswo­bodze­nie. Bo po wstąpie­niu Pawła i po uwolnie­niu Pola­ków na­szych, w rok do­piero przy­szło moje uwolnie­nie. Po­dziękowa­łem owemu kupcowi za jego tak do­bre i czułe serce, pożegna­łem się z nim, który nie długo bawiąc odje­chał na tych sa­mych ko­niach do Ja­kucka i Ir­kucka.

Była dla mnie wydana niewolnicza dwuletnia gaża, za którą naku­powano dla mnie róż­nych rzeczy tak do ży­cia jako też i róż­nych osobliwości dla tamecznych naro­dów, jako to różnych sucharów, słoniny wędzo­nej, która tam jest nie­zmier­nie drogą, krup róż­nych, tytuniu, itd. , ale to wszystko wniwecz poszło póź­niej, gdy przy roz­biciu okrętu poza­ma­kało.

ROZDZIAŁ 5:  PODRÓŻ MORSKA

Już nastąpił czas wyjścia na Ocean, dwa okręty wychodziły na­przód przede mną, które były prze­zna­czone do no­wej Ho­lan­dii i na wyspę Świętego Eliasza.

Poranek był piękny i pogodny, słońce świeciło, wiatr z ziemi wiejący, właśnie do wyjścia z portu. Lecz gdy już okręt wy­szedł na odkryte morze i kilka tysięcy kro­ków oddalił się od brzegów, wtem powstaje bu­rza, po­rywa dwie sza­lupy, które z portu konwojo­wały okręt, aby o brzeg nie zawadził, wywraca z trzydzie­stu ludźmi, z któ­rych kil­ka­na­ście ginie w przy­tom­no­ści wielu widzów stojących na brzegu. Wy­ratowali się tylko ci, którzy unie­sieni byli pod okręt i za liny się po­chwy­tali. Dru­giego dnia wy­rzuciło mo­rze tych ludzi na brzegi w ka­wał­kach tylko, bo przez ka­mienie które wrą koło brzegów potarte zo­stały. Co za smutny był dla mnie wi­dok, dla mnie, który naza­jutrz miałem się puszczać na mo­rze. Dla żeglu­ją­cych dwie oko­licz­ności są najstraszniejsze, to jest wyjście z portu i przybicie do brzegu. Wy­cho­dząc mu­szą się pilno­wać wiatru z ziemi, tudzież ciągu ustę­pują­cej wody do mo­rza, równie jak wnij­ścia przybyłej wody z morza z morza i wia­tru morskiego na zie­mię, gdzie dwa razy na dzień podnosi się mo­rze, napełnia zie­mię i porty na trzy lub pięć łokci a w go­dzin dwie mo­rze od­biera swa wodę. Na­zywają to fluxus i reflu­xus; czyli wzdymaniem się i opada­niem morza. Po­wia­dają żegla­rze, że w żad­nym morzu tak wy­soko woda nie wznosi się jak w tym miej­scu na Oceanie.

Gdy wsadzono mnie na okręt, zdany byłem kapitanowi i depesze sekretne, jakie były o mnie. Ten okręt był prze­zna­czony na wyspy Ekuckie, który miał rozkaz zajść na szczyt Azji do niższej Kam­czatki. Był to okręt ku­piecki kompanii Ir­kuc­kiej, wy­pra­wiony na lat kilka dla wynalezienia nowych na­rodów i zdobycia fu­ter. Skła­dał się z ludzi ośmdziesiąt, część była strzel­ców z liczby niewolni­ków ku­po­wanych, inni zaś do­browol­nie po­świę­cali się, z któ­rymi kupcy na czwartą część zdoby­czy po­robili umowy, w końcu zaś tylko skwitują ich wódką i tytuniem. Mia­łem doda­nego sobie majtka na straż, który z ka­pitana poszedł na majtka pro­stego, za stra­coną niegdyś w wojnie szwedzkiej sza­lupę.

Brałem jedzenie porcję ryb i mięsa jak inni majtkowie, co mojemu oddawałem, bo mi przez całą po­dróż do­brze słu­żył i pra­wie jemu życie winienem, a kupcy mnie zawsze z sobą za­praszali.

Gdy już okręt wychodził z portu pod żaglami, ściągiem wody uby­wającej do mo­rza, omija­jąc port, nie­wiele przy­tarł się o ka­mień i w tym momencie mało się nie wywrócił. Ponieważ ża­gle były roz­pusz­czone, wszy­scy się po­wywra­cali na okrę­cie, bał­wan wody przeleciał przez środek, i gdyby się nie trzymali za liny, pew­nie kil­kuna­stu lu­dzi mo­głoby zgi­nąć. Każdy przy­tom­ność stracił i nie wie­dział, co się z nim dzieje, a oso­bliwie ci, któ­rzy pierw­szy raz do­świad­czali. Szli­śmy dzień i noc całą, wia­tru nie było pomyśl­nego, co uj­dziemy przez dzień i noc, oglą­damy, że nas nazad do portu przy­pę­dza. W takim tedy zdarze­niu zosta­wa­liśmy dno ośm, dopóki port nie znik­nął nam z oczu; bo za po­wsta­niem burzy mo­głoby morze wy­rzucić okręt i rozbić. Nie­przy­zwycza­jony do mo­rza nigdy sy­piać nie mo­głem, aż mi mój majtek nie zrobił kołyski uplecionej z po­wróz­ków, która była przybitą w głębi okrętu do ściany i zawsze mnie koły­sała.

Umarło nam dwóch Kaczdałów prawie jednego dnia, którzy przed kilku latami na psach do­stali się do portu a po­wra­cali do oj­czyzny swojej na okręcie. Pogrzebani byli morskim zwy­czajem. Mie­liśmy ze sobą Popa ru­skiego, który wy­święciw­szy się w Ir­kucku powracał na Kamczacką ziemię do Bol­szerecka, gdzie miał ojca. Wy­niesieni byli nie­bosz­czykowie na wierzch okrętu po odpra­wionym na­bożeń­stwie, zapako­wano ich w wory z kamieniami ra­zem, spusz­czano po jed­nemu do morza. Dzień był bar­dzo jasny, wiatru naj­mniej­szego że pra­wie okręt stał na miejscu. Przypa­try­wali­śmy się w mo­rze, gdzie kilka łokci nie do­pu­ściły tych tru­pów zwie­rzęta i ryby morskie.

Staliśmy z godzin trzy na miejscu, że morze tak było spokojne, iż okręt był bez żadnego po­ru­sze­nia, de­cy­do­wali ci wszy­scy fa­natycy, że Bóg w tym czasie sądzi zmarłych i roz­kazał morzu być spo­koj­nym. Zbli­żało się już ku wieczo­rowi, rozka­zano majtkom i żeglują­cym jeść kolację i po­spieszać.

Gdy słońce zaszło za chmurę, okręt chwiać się zaczął, co kilka go­dzin bez poru­szenia stał na miej­scu. Za­częło się też po­ka­zy­wać wielkie mnóstwo stworzeń morskich, co po­spolicie się dzieje przed burzą na­stąpić mającą.

Piliśmy właśnie herbatę, gdy nadszedł taki szturm i uderzył w okręt, że wiele upa­dło lu­dzi a każdy z piją­cych oblał się her­batą. W tym momencie spostrzegają na wierzchołku masztu ziemnego ptaka, który wi­dać, że był porwany od wia­trów i uniesiony aż na okręt. Za­trwożyło to wszystkich, bo wnosili sobie, że bar­dzo da­leko są od ziemi. Je­den z majt­ków zrobił wędkę ze szpilki i na rybę ptaka zło­wił, a gdy go niósł z wierzchołku, złamał mu skrzydło. Przeraźli­wym gło­sem ów ptak nie­ustannie wrzeszczał: na­tychmiast dru­dzy majt­kowie zło­żyli sąd na kilkanaście batogów za złama­nie skrzy­dła, po­nie­waż bo­gowie mor­scy będą się mścili.

Coraz bardziej zbliżało się ku wieczorowi i coraz większy szturm wzrastał. W jed­nym mo­mencie le­dwo nie wy­wró­ciło okrętu, bo na­tychmiast żagle spuścili. Kiedy Kapitan chciał trzymać się dy­rekcji kompasu do punktu przezna­czo­nego, żad­nym spo­sobem skiero­wać rzecz było niepo­dobna; gdyż bałwany zalaćby mo­gły okręt lub wywrócić. Był to naów­czas szturm tak wielki, ja­kiego nie doświad­czali ci żegla­rze. Ka­mienie nawet z pia­skiem na okręt wy­rzucało i przez dwie pory by­li­śmy nie­ustannie zalewani od prze­cho­dzących przez okręt bałwanów. Samiśmy nie wie­dzieli, do­kąd od bu­rzy byli­śmy pę­dzeni. Na wierzchu lu­dzie trzy­mali się ustawicz­nie lin, bo ina­czej byliby od wody schwy­tani: ognia rozłożyć nie można było, a każdy zmo­kły, zziębły i sił po­zba­wiony.

Kapitan zaczął opowiadać, że podług jego kalkulacji powinniśmy dziś przecho­dzić wy­spy Kuryl­skie. Do tego przej­ścia upa­trują zaw­sze czasu pogodnego, aby trafić na wyspy, któ­rędy zwykle okręty przecho­dzą.

Gdy już druga pora minęła, równo ze dniem postrzegliśmy góry i kamienie wkoło, ptac­two nad­brzeżne i piany mor­skie od wzbu­rzo­nego morza, które już zaczęło ustawać. Ale po ta­kiej burzy bałwany strasznie ogromne i cała natar­czy­wość mo­rza o brzeg się obi­jała. Nie wiedzieliśmy, gdzie zostajemy; powłaziwszy na maszty ob­ser­wowali miejsce, lecz nie mógł nikt zgad­nąć, do ja­kich kra­jów zbliży­liśmy się.

Byliśmy w największej bojaźni, aby nie wpaść na jedną wyspę Ja­pońską, gdzie miesz­kają narody zo­wiące się Ko­smate, na któ­rej to wyspie wiele już poginęło okrętów. Kapi­tan rozka­zuje rzucać do morza miarę głę­biny, która jest z ołowiu na sznurku, a u spodu wosk lub łój przylepiają dla pozna­nia, jaki grunt ziemi. Za­woła ten, który mie­rzył, iż ośm­dziesiąt sążni, w kwadrans zawo­łał, że czter­dzie­ści. Już widać, że okręt unosi woda do roz­bicia na brzeg. Szczę­ściem, że brzegi mo­rza były piaszczyste, iż okręt tylko wy­wraca i wyrzuca a nie roz­bija zu­pełnie.

Kapitan rozkazał kotwicę zarzucać, ale to wszystko już było za późno. Pędziło na brzeg okręt i z kotwi­cami, gdy kilka sążni było tylko głębiny, skołatany okręt bu­rzą uderza wagą swoją o ziemię. Tu widać można było moc strasz­liwą mo­rza. Przele­ciał bałwan przez okręt, wszystkie liny i maszty za­częły pękać. Było do kil­ka­dzie­siąt be­czek na wierzchu okrętu, z wodą i z soloną rybą, przymoco­wane do gwoź­dzi wiel­kich żelaznych i pouwiązy­wane, wszystko to pozry­wało się i lu­dziom nogi ła­mało. Niektó­rzy już za­częli skakać z okrętu cho­ciaż brzeg był daleki, ale wody nie było nad pół­tora łok­cia. Najprzód za­częły wskaki­wać majtków żony z dziećmi, te pod okręt wpadł­szy po­ginęły. Okręt po kilka razy od­no­siło i przy­nosiło na brzeg, wody było bar­dzo wiele w okrę­cie, ponie­waż wielka dziura zrobiła się u spodu. Mój po­czciwy maj­tek wyrwał dwa gwoź­dzie, któ­rymi były beczki przybite: miały one dłu­gości do trzech łokci i podobne do na­szych ku­chen­nych rożnów. Dał mi z tych jeden, drugi wziął sobie, powia­da­jąc, że to nam zachowa ży­cie. Po­rywa mnie za barki i cią­gnie do jednego bar­dzo małego maga­zynku, w którym znaj­dowały się liny i smoły. Ostrzegał mnie przy tym, że choć maszty będą się łamać, to nas ocali od zguby.

Wysmarował mnie całego i siebie smołą. Wyszliśmy z tego miejsca i gdy widział, że najbli­żej brzegu bał­wany mor­skie rzu­ciły okręt, wlazł na maszt, który w przo­dzie okrętu leży wzdłuż, siadł jak na konia i mnie ka­zał za sobą do końca jej po­su­wać się za­lecając, abym nie upuścił gwoź­dzia. Smoła pomogła nam bar­dzo, bez któ­rej na śli­skim maszcie utrzy­maćby się nie można było. Sko­czył majtek naj­przód do wody, ja za nim podob­nież. Wody nie było nad półtora łokcia, lecz tyle i mułu, skąd nóg wy­dobyć nie mogłem. Zbli­żył się do mnie majtek, wydobył i po­prowa­dził ku brze­gowi.

Mieliśmy jeszcze do ziemi zielonej tysiąc przeszło kroków. Zatrzy­maliśmy się, bo­śmy z sił opadli ucieka­jąc ku brze­gowi. Wtem oglą­damy się aż nadchodzą nowe bałwany, które okręt jeszcze raz uniosły ze swego miej­sca i nas by po­chło­nęły, ale majtek do­świad­czony i śmiały zatknąwszy mój gwóźdź w ziemię i swój ra­zem, ka­zał przy­klęknąć na jedno ko­lano i trzy­mać się najmoc­niej gwoź­dzia. Gdy już nas bałwan zakrywał, trzeba było od­dech zata­mo­wać na kilka mi­nut: przele­ciał on kilka łokci wyżej nas, uderzył się o brzeg i na­zad po­wró­cił. W tym mo­mencie stra­ciłem przy­tom­ność i ma­łom już nie zgubił gwoź­dzia. Win­szuje mi maj­tek, że już odbyliśmy naj­większe nie­bez­pieczeń­stwo, po­wiada, że jeszcze raz bał­wany nas zmoczą ale już nie tak silne i ucieczemy na brzeg. Jeszcze powtór­nie oblała nas woda, atoli po pierw­szym doświad­czeniu śmiel­szym się być poka­za­łem.

Padłem na brzeg murawy zmordowany zupełnie, leżąc obmacałem jagody, które z trawą razem wy­ssa­łem dla pra­gnie­nia. Nie wierzy­łem sam sobie, że jestem na lądzie, zdawało mi się, że zie­mia koło mnie się ob­raca. Wy­po­cząw­szy co­kolwiek, podnio­słem głowę, wi­dzę, że morze jest da­leko od brzegu, okręt leży na pia­sku; lu­dzie jedni potonęli, dru­dzy rzeczy swo­ich szukają powy­rzucanych od morza. Kapitan na okręcie utrzymał się z czę­ścią ludzi, cho­ciaż okręt znacz­nie był nad­wy­rę­żony. Zaczęli wszyscy zgro­ma­dzać się na brzeg, a lubo w niedoli, każdy się we­selił, że od dal­szego nie­szczęścia był od­da­lony. Po nie­jakim czasie po­strze­gliśmy w odle­głości ku­piących się ludzi. Za­trwo­żeni na nowo wszy­scy, bośmy nie wie­dzieli, gdzie się znajdu­jemy i wnosili­śmy, że na wyspie Japoń­skiej, gdzie każdy okręt gi­nie. Rozkazał Kapitan broń jaka była opa­trywać i w przy­padku mieć się do obrony; ale gdy­śmy posłali kilku ludzi zbroj­nych ku nim, po­znano, że to byli miesz­kańcy wysp Kuryl­skich, gdzieśmy się rozbili, a do których Rosja­nie lądują cza­sami. Po­słańce wró­ciwszy oznaj­mili nam, że to byli Kuryl­czycy.

Kapitan z trzydziestu ludźmi zbrojnymi poszedł ku nim, gdzie i mnie wziął z sobą; prze­cho­dzili­śmy przez kilka głę­bo­kich wą­wo­zów, przez które przewożono nas na batach skórza­nych: były to rzeki wąskie czyli stru­mienie wpada­jące do mo­rza.

Gdyśmy przybyli do ich kolonii, znaleźliśmy mieszkania z kory, wiele kobiet i lu­dzi po tych miesz­ka­niach. Nie­które domy były ze skór jeleniowych, malowane i wy­szywane różnymi de­seniami z wło­sów zwierząt. Za­stali­śmy ich je­dzą­cych; nie­któ­rzy go­to­wali jeszcze w naczy­niach dużych, że­la­znych, które od Rosjan podo­sta­wali. Czę­stowali nas swoim jedze­niem, które było naj­więcej zwie­rzyny mor­skiej w samej tłustości psów mor­skich, koni, żab róż­nych. Nie tylko jeść ale pa­trzeć nie mogli­śmy na to, doga­dzając jed­nak ich ludzko­ści jedli­śmy ślimaki opie­kane, które tam były bardzo smaczne. Prosiliśmy ich wzajem do okrętu, który na piasku leżał: uczęstowali­śmy ich pro­duktami Europej­skimi i dali­śmy im pre­zenta, za co byli wielką po­mocą do na­prawienia okrętu. Byli­śmy już zupeł­nie gotowi i za przy­byłą wodą, która zdjęła okręt, ruszyli­śmy w dal­sze prze­zna­cze­nie.

Udaliśmy się do niższej Kamczatki a będąc wszyscy znużeni pracą, przygodami i długą że­glugą żądali­śmy już uj­rzeć zie­mię, lecz wspomniawszy, że wnijście jest to punkt nie­bez­pieczny, że mo­żem ulec przy­pad­kowi, prze­rażał nas znowu wi­dok brze­gów. Tegoż dnia wpędziło nas na ka­mień, gdzie rosła morska kapu­sta z wiel­kimi i szerokimi kape­lu­szami, kilka sążni długo­ści, i za­trzymanym był okręt przez kilka mi­nut: szczęście, że nadszedł bał­wan i spę­dził nas z tego ka­mienia.

Ku wieczorowi staraliśmy się z przybyłą wodą z morza, przybić już do niższej Kamczatki, lecz wiatr prze­ciwny, nie po­zwo­lił nam wejść do portu, a że blisko brzegu na kotwicach sta­nąć nie można było, oddalili­śmy się w głąb mo­rza i mie­li­śmy cze­kać dnia. O północy po­wstaje wiatr i cią­gnie cały okręt z kotwicami na brzeg ka­mienny: by­liśmy już zu­pełnie na wi­docznej zgubie rozbicia się. Ostat­niego użyliśmy ażardu, noc ciemna, brzegi skali­ste wkoło, a koniecz­nie wypa­dało w głąb morza odejść. Za­częli więc dobywać kotwic a wtem już bał­wany pę­dzą okręt do rozbi­cia na brzeg. Gdy lu­dzie za­przątnieni wszy­scy byli czyn­nością, wpada wicher do kuchni i wnet zajęły się liny i ża­gle ogniem. Wyjść z takich dwóch przy­padków rzecz była nieprakty­ko­wana, szczę­ściem uga­siliśmy ogień i udało nam się cofnąć w głąb morza. Już w dal­szej odle­głości byli­śmy bez­piecz­niej­szymi, za­rzu­cono ko­twice i cze­kali­śmy dnia.

Nazajutrz wiatr nam posłużył i z przybyłą wodą morską stanęliśmy szczęśliwie u portu, cho­ciaż wody bar­dzo wiele było w okrę­cie, bo nie postrzegliśmy, że dziura była wielka u spodu wybita. Wodę je­dynie wstrzymy­wała ziemia, którą po­spo­licie za­sypują dno okrętu.

ROZDZIAŁ 6:  WYLĄDOWANIE DO NIŻSZEJ KAMCZATKI

Znalazłem nad brzegiem portu tłum ludzi, którzy powychodzili z całej niższej Kamczatki dla wi­dze­nia przy­by­łych go­ści na okrę­cie. Znajdował się między nimi komendant, nie można było go poznać, bo był w orien­tal­nym ta­mecz­nym ubio­rze. Wy­sa­dzono mnie z okrętu i sta­wiono przed nim: zrobi­łem mu komple­ment, że w nie­szczę­ściu obie­cuję so­bie w nim zna­leźć ludz­kość. Odpo­wiedział mi na to: że ja jestem człowiekiem; on podług swej możno­ści starać się będzie osło­dzić moje nie­szczę­ście. Poszedłem z nim do jego mieszkania i czę­stował mnie her­batą naj­przedniej­szą z mle­kiem je­lenim. Znajdo­wało się tam kilka ofi­cjali­stów, ukazała się później nieszczę­śliwa jego żona, która w tym miejscu dostała waria­cji. On na­tych­miast porwał ją i za­mknął. Była to ko­bieta z Małej Rosji daw­nych Polaków. Po półgo­dzinnej zaba­wie kazał mi iść za sobą, po­wia­dając, że po­każe mi moje miesz­ka­nie; poka­zy­wał na dom swój, gdzie cztery bier­wiona tylko z ziemi wy­cho­dziły, po­wiada mi, że niech to mnie nie zadziwia, że moja stancja jest w ziemi, bo prawie my tu wszyscy tak miesz­kamy.

Wprowadził mnie do mojego mieszkania gdzie znalazłem dwa okna okrągłe ze śludy (mika), sto­lik ka­mienny, ławki wkoło ścian, komin w pośrodku, który i za piec razem słu­żył, bo gdy napalą drwami zaty­kają komin i od węgli ogrzewa się dom. Było okno jesz­cze jedno w górze z bryły lodu, które się oblepia śnie­giem i wodą i dość długo się kon­serwuje. Kazał ko­men­dant od siebie przy­nieść obiad i jadł ze mną. Wszystkie rze­czy moje były zniesione z okrętu, które pozo­stały, część su­cha­rów, część krup, herbata, ka­mień tytuniu i cacka różne moje ku­pione w por­cie Ochocku, co mi bar­dzo pomo­gło do mego utrzyma­nia się.

Komendant pożegnał mnie zostawiwszy przy warcie dwóch ta­mecznych Kamcza­dałów i przy jed­nym majtku, a sam od­szedł do siebie. Ukontentowany już byłem, że nareszcie mój los się od­krył, spałem pra­wie całą porę. Długi czas ko­men­dant nie był u mnie, za­stępował staż mój gospo­darz, w którego domu miesz­kałem, gdyż przez jedną ścianę był tylko ode mnie. Był to człowiek posłany z Ir­kucka za karę do niż­szej Kamczatki, który się ożenił z ta­meczną Kam­cza­dałką i miał do­zór nad re­kwizy­tami okręto­wymi. By­łem bar­dzo kontent z niego, bo mnie informo­wał i na­uczał spo­sobu ży­cia; zrewidował moje rze­czy, to jest ty­tuń i różne cacka i po­wiedział, że mogę tu żyć po pańsku. Wziął trzy funty ty­tu­niu, po­rozdawał mię­dzy Kam­cza­da­łów, i za procent tylko po­przy­no­sił mi wiele produk­tów do ży­cia, co tylko mogło być u nich naj­lep­szego, to jest: ryb najprzed­niejszych wędzo­nych i świe­żych, ptac­twa różnego, jagód i mleka jele­niego. Wpadłem za­raz w lepszą ener­gię, że już z nę­dzy i głodu nie umrę.

Komendant często bardzo przysyłał mi ryb świeżych, mięsa jele­niego i po kilka­na­ście żyt­nich su­charów, bo ja mo­ich już bar­dzo mało miałem. Suchary te nie można było roz­różnić od próchna drzewa, bo przez tyle lat, w trans­portach i przez że­glugę morską, cały smak gi­nie.

Najprzykrzej było dla mnie kilka dni czasem nie widzieć mojego go­spodarza, gdyż dwaj Kamcza­dale do straży mi przy­dani nie umieli języka rosyjskiego i nie miałem z kim roz­ma­wiać ani się za­in­formo­wać o co. Za­cząłem już swoje gospo­dar­stwo: miałem własne na­czy­nia z miedzi, rondelek mały i imbryczek mie­dziany.

Najprzód rano wstawszy i podniósłszy myśl do Boga, zaczynałem koło kuchni. Pierwsza potrawa była her­bata z mle­kiem je­le­niem i trochę wrzuconych sucha­rów. Cukier miałem lo­dowaty, który po małym ka­wałku kładłem do ust. , i przy tym po kilka fili­żanek piłem dla menażu. W tym miej­scu wielu oficjali­stów, niektó­rzy kupcy pi­jają her­batę, kiedy miewają gości ; cu­kier lo­dowaty w małych kawał­kach jest przygoto­wany osobno, i każdy bierze po jed­nym ka­wa­łeczku, kładzie za dziąsła i wy­piwszy przy tym cu­krze kilka filiża­nek, resztę wyjmuje z gęby i chowa na raz drugi. Wzdrygałem się tej fety, i podob­nego zwyczaju nie na­ślado­wałem.

Drugą potrawą była ryba świeża, którą potrzeba było odgotować i jeść na zimno, bo kiedy para jej zale­ciała, wiel­kie spra­wo­wała nud­ności. Miałem też wiele jagód za procent kilku funtów tytuniu: ja­gody te były po­dobne ze smaku do na­szej brusz­nicy, z któ­rych ro­biłem kwas i używałem do ryb zamiast octu. Miałem cza­sem mięso je­le­nie, i wiele ptac­twa, któ­rego tam moc nie­zmierna. Po­spoli­cie kra­jowcy w miej­sce chleba mają rybę wę­dzoną na­zwi­skiem Czewy­cza wielko­ści po­trójnej jesio­tra; łuskę ma karpiową w kon­chach wielkich, mięso jej czerwone po­przerastałe z tłusto­ścią przewyż­sza wszystkie ryby sma­kiem w Azji i Euro­pie; głowy tej ryby mają smak naj­przed­niejszych śledzi holen­der­skich, solą je i kon­serwują. Sól ro­bią z drzewa na brzeg wyrzu­conego, które palą na ług i tą wodą zale­wają głowy do zasolenia.

Kamczadale i drugie narody mało używają soli i wcale jej nie lubią. Znajdują się jeszcze w tym miej­scu nie­które pro­dukta ja­kie wyko­pują z ziemi od szczurów, większe niż żołę­dzie a smak orzechowy mające. Drugi ro­dzaj jest mniej­szy, smaku kar­tofli, i tego wiele na wiosnę osobliwie wykopują, co oni zowią Se­rena. Mają czo­snek polowy bardzo śmier­dzący; mają też orzechy wodne bardzo wiel­kie, które rosną po jezio­rach na naj­wyż­szych górach.

Są u nich takoż orzechy cedrowe i bardzo wiele innych jagód tam znajduje się. Jedna atoli ja­goda jest naj­dy­styń­go­wań­sza, którą na­zywają Morożka. Rośnie ona po kępach błotni­stych, po­dobna do naszej maliny, lecz trzy lub cztery razy więk­sza; uży­wają jej w go­rącz­kach i w innych chorobach.

Głowy ryby czewicy i jagody morożki zwane posyłają w prezencie jenerał-guber­natorowi Ir­kuc­kiemu.

Przepędzając w takiej sytuacji dni nieszczęśliwe, nie miałem żadnej książki, pa­pieru ani atra­mentu, zwłasz­cza, że nikt tych rze­czy nie miał oprócz komendanta.

Nabyłem czarnej hipokondrji i przyszedłem do największego osła­bienia.

Komendant później gdy mnie znalazł w takim stanie, pozwolił trzy razy w tydzień prze­cho­dzić się na brzeg oce­anu, co mi wielką ulgę przyniosło, a później i więk­szą znala­złem po­wolność chodze­nia. Go­spodarz mój nauczył mnie po rusku czy­tać; schodził mi czas na czytaniu, dopóki wzroku nie osłabiłem przez dymy od wul­kanów, wa­pory mor­skie, które tak są gęste, iż zdaje się, że ręką można je do­tykać. Przechadzając się po nad Oce­anem, przypatrywałem się dziw­nym wi­do­kom natury; zawsze straż nieod­stępna mojego boku ostrzegała mnie, żebym uni­kał bałwanów przy­cho­dzą­cych, które mogą wciągnąć do morza. Było moją za­bawą zbierać różne ka­myki, bursztyny i konchy mor­skie: znacho­dziłem cza­sami konchy z per­łami ale bar­dzo drobnymi i pła­skimi, które na­wet do kraju z sobą przywio­złem. Było też naj­więk­szą satys­fak­cją dla mnie, zo­sta­wać na brze­gach mo­rza przed nad­chodzącą burzą, bo tysięczne stworze­nia z morza uka­zy­wały się, jako to: wielo­ryby, Mo­rze czyli lwy mor­skie, Si­wu­cze albo konie mor­skie, krowy, Nerpy, i psy ty­sięczne mor­skie. Krzyk nie­zmierny ptactwa, oso­bli­wie jest ro­dzaj nurków, większe od gęsi naszych i krzy­czą nie­ustannie naj­przeraźliwiej, które oni zowią Ga­gary. Suknie z ich skór robią bar­dzo piękne, ko­lor mają oso­bliwszy, i nigdy nie ginie ich pięk­ność.

Kiedym się czasem wydalił brzegiem na pół ćwierci mili od kolonii i bawiłem się zbiera­niem moich konch wy­da­rzyło się tak, że blisko mnie wielki upadł kamień; rozumiałem że z obło­ków. Był też obecny przy mnie maj­tek, roz­wa­żamy co by to było? kiedy on wtem spo­gląda na wyniosły brzeg nad nami i postrzega niedź­wie­dzia spusz­cza­ją­cego na nas te ka­mienie. Usu­nę­liśmy się z tego miejsca i od­tąd już nie chcia­łem się od­dalać od ko­lonii.

W jesieni morze jest najrozhukańsze: słychać ustawiczne bałwany i szum naj­większy Oce­anu. Kiedy się bał­wan o brzeg roz­bija, naten­czas cała ta niższa Kamczatka się wstrząsa. Dni bywają szare a noce naj­ciem­niej­sze. Skoro ude­rzą bał­wany i po­wstanie szum mo­rza, zaraz kilkanaście ty­sięcy psów, które przez lato ży­wią się rybą na brze­gach mor­skich, za­wyją wszystkie w tym cza­sie a nie­jakiej odległości podob­nież niedź­wiedzie ode­zwą się ze swym głosem. Wul­kan brzmi nie­ustan­nie i wyrzuca ognie: co za okropny wtenczas spek­takl i sytu­acja czło­wieka! Psy do­piero późną je­sień wracają do swych go­spoda­rzy, którzy już dla nich przyspasa­biają ryby suszone na zimę, bo la­tem psy nie są dla nich użyteczne. Niedź­wiedzie ży­wią się ry­bami, dopóki nie doj­rzeją jagody i cedry (orzechy ta­meczne). Niedźwie­dzi Kam­cza­dale nie­wiele bar­dzo nie­wiele biją prócz najwy­bor­niejszych cza­sem do zakrycia sa­nek, bo lepsze fu­tra mają w wiel­kiej obfi­tości.

ROZDZIAŁ 7:   OPISANIE WULKANÓW W KAMCZATCE.

Wulkan odwiecznie trwający, leży przy samej niższej Kamczatce, blisko rzeki Kamczatki do mo­rza wpa­da­ją­cej. Pełno pływa wy­palo­nej lawy. Wulkan ten w noc ciemną daje się tylko wi­dzieć w swojej okazało­ści. Cała jej figura świeci się jak la­tarnia, wszyst­kie jej rysy są znaczne, i widać jak wyrzuca do góry lub się rozlewa . Nie­ustanny od­głos przeraża­jący, niby dzwonu głuchego. Było przed laty w po­bliżu tego miejsca kilka po­mniej­szych wulka­nów go­reją­cych, ale z czasem zaga­sły.

Katarzyna II ażardowała kilka wypraw dla zwiedzenia, lecz połowa ludzi prawie zawsze wra­cała śle­pych od wia­tru po­wstają­cego z dymu.

Znajdują się na tej górze do połowy lasy różne a coraz wyżej same kamienie; znajdują się i po­toki, które wpa­dają do rzeki Kam­czatki. Na tej górze po lasach są dzikie barany, wielko­ści potrój­nej ukraiń­skiego. Wełny na sobie mają wiele; tłuste są i bardzo smaczne. Kam­czadale biją ta­kowe dla mięsa i futra: robią suk­nie ze skór i w naj­większe zimna na go­łym śniegu no­cują.

Podczas mojej bytności było trzęsienie ziemi; nikt bez doświadcze­nia mówić o tym nie może, co to jest za mo­ment okropny.

W czasie trzęsienia ziemi urywają się wierzchołki skał, które się rozbijają na drobne ka­wałki, w któ­rych znaj­dują wiele spek­try­fi­ko­wanych żab i kamieni amety­stowych. Pierwszy raz kie­dym tego do­świadczał, przytom­ność stra­ci­łem zo­staw­szy z łóżka wy­rzucony, ale mój majtek będący na straży porwał mnie w mo­men­cie i na wiąza­niu drzwi po­stawił. W cza­sie tym wul­kan grzmiał nad­zwyczaj­nie i woda Kamczatki zmniejszyła się w znacznej dość od­legło­ści na Oce­anie, skąd przy­nio­sło rdzę, która okryła niemal całą okolicę Kam­czacką gru­bości kilku cali i która przez kilka dni trwała.

Wnosić za rzecz pewną można, że te wszystkie wyspy, jakie to: Ku­rylskie, Ekuc­kie, Lisie i szczyt Czuk­czów mię­dzy Ame­ryką wschod­nio-północną, była to jedna masa ziemi i przez podobne trzę­sienia roze­rwaną zo­stała. Na­rody na tych wy­spach miesz­kające mają ję­zyki każdy oddzielny, jed­nak zbliżają się do siebie: prócz jednych Czukczów, któ­rych ję­zyk ob­fity i wcale od­mienny.

Możnaby jeszcze wnosić, że kamienie łączą się w morzu z innymi wyspami, po­nieważ ska­liste naj­więcej po­strze­gają się brzegi. Wielu obserwatorów podróżują­cych decydo­wali, że z czasem Kam­czatka zapad­nie się, ile że co­raz świeże znaki i rysy od wul­kanów i trzęsie­nia ponawiają się ciągle.

ROZDZIAŁ 8:   SPOSÓB ŻYCIA KAMCZADAŁÓW.

Ostatnich dni maja wychyla się słońce zza gór najwyższych, uderza promieniami i pra­wie w dniu jednym śniegi topi: wszystko gwałtow­nie, rzeki puszczają, szum niezwy­czajny morza, latorośle do­bywają się z ziemi, dymy od wulka­nów wzra­stają gęstsze.

Kamczadale wtenczas spuszczają psy swoje, które biegną na brzeg morski i całe lato, aż do póź­nej je­sieni, ży­wią się ry­bami wy­rzuconymi, dopóki na zimę nie po­wrócą każdy do swego go­spoda­rza.

Psy te ryb samych nie jedzą, tylko głowy, które są bardzo tłuste i smaczne. Mieszkańce wy­cho­dzą z fa­mi­liami do la­sów, ko­pią różne korzenie, ziemne karto­fle, które myszy dla siebie przyspa­sabiają na zimę, zry­wają różne pączki od drzew i kwia­tów i za największy spe­cjał jedzą.

Zabawa druga. Zaczyna z morza iść ryba do najmniejszych rzek w tak znacznej obfito­ści, że ma­łymi sia­tecz­kami wy­rzu­cają na brzeg wielkie stosy i suszą jak siano, robiąc zapas dla psów na zimę. Ryba ta pierwsza wy­chodząca z mo­rza, a którą zo­wią Cha­chelcza, jest bar­dzo koścista i po­dobna do naszych jeż­garzy.

Nadchodzi druga z wielkości podobna nieco do naszych linów, czerwona, z no­sem do góry za­krzy­wio­nym. Tę rybę biorą pra­wie rę­koma, wyrzucają na brzeg, płatają i suszą takoż dla psów na zimę. W tym czasie po­wie­trze bywa naj­gor­sze, bo nim te ryby wy­schną, powstaje wielki smród a z nim napada ro­bac­two.

Następuje trzecia, najdystyngowańsza, którą zowią Czewycza, wiel­kości trzy razy jesio­tra, łuska kar­piowa w kon­chach, mięso czer­wone, poprzerastałe z tłustością, a którą płatają na połcie i wę­dzą. Ryba ta służy za chleb, ka­wa­łek zjadł­szy, można się po­silić. Spo­sób łowie­nia jest następu­jący: Zbiera się kil­kunastu go­spo­da­rzy i każdy z nich przy­nosi kil­kuna­sto-sążniowe siatki, ple­cione z ta­mecznej pokrzywy, gdyż ko­nopi tam nie znają. Zwią­zawszy to w jedno robią siec nie­zmiernie długą, tak, że po­łowę rzeki Kam­czatki prze­gra­dzają. Na wierzchu tej siatki nad wodą mają pouwię­zywane lek­kie kory dla znaku. Je­żeli ryba wpadnie wy­ciągają sieć z najwięk­szą ostrożnością, bo gdyby po­wie­trza z wody chwyciła, mo­głaby wszystkie sza­lupy powyw­ra­cać. Cią­gną więc siatkę z rybą razem do brzegu; część lu­dzi czeka prawie po samą szyję w wo­dzie, każdy zaś ma w ręku szluzę drew­nianą. Podnoszą potem siatkę i za po­kazaniem się ryby zaraz ją ogłu­szają, a wy­cią­gnąwszy na brzeg dobi­jają.

Chodzą też na różne kępy błot, zbierają niezmierną moc jaj od róż­nych ptaków jako to: ła­będzi, gęsi kilka ga­tun­ków, ka­czek, kuligów, czajek morskich, etc. i na tym czas im scho­dzi. Te jaja je­dzą nie­ustan­nie, a co im w zbytku pozo­staje wrzu­cają w tłu­stość wie­lorybią i konserwują prawie rok cały.

Następuje młode ptactwo, a stare się wtedy pierzy i nie może czas jakiś latać. Wszystko to prze­bywa w tra­wach nad brze­gami rzek i potoków wpadających do morza. Kamcza­dale polują na ptac­two. Zaszedł­szy od głębi rzek z psami, ty­siące na ląd pę­dzą i zabijają mio­tłami. Dzień i noc pieką, gotują i jedzą; po­tem znowu podobne po­lowa­nie robią, aż ptactwo nie od­leci. Kam­czadale bardzo są le­niwi i nieprzezorni, bo pozjadaw­szy naraz zdoby­cze, później przez kilka dni mrą gło­dem.

Gdy nastąpi zbieranie różnych jagód, na czym niemal czas trawią, wtedy rzucają swe mieszkania i prze­no­szą się z fa­mi­liami zu­pełnie. Najwięcej zbierają klukwy i brusznicy, które się konserwują przez zimę całą.

Kobietom właściwie jest zostawione to zatrudnienie, bo mężczyźni biegają w za­wody na je­le­niach, strze­lają z łu­ków, sta­wiają posągi, które później zanoszą do źródeł wytrysku­jących ze skał, i dla Bo­gów czynią ofiary. Kładą nie­zmierne drzew stosy, te za­paliwszy przez ogień skaczą i w tym czasie wieszczki czyli Szamany po­ka­zują swe ku­glarstwa i sztuki. Zda­rza się często, że kiedy kobiety zbie­rają ja­gody i naczynia napełnione zo­sta­wiają za sobą, niedź­wiedzie za nimi skrada­jąc się wyja­dają one. By­wają też zdarzenia, że niedźwiedzie po­rywają kobiety i uno­szą do lasów, a jednak im nic złego nie robią.

Opowiadał mi tameczny ksiądz ewangelista godzien wiary, ośm­dziesięcioletni sta­rzec, że mu przy­no­szono do chrztu dzieci, ale kiedy ujrzał że były monstra, cos podobnego do człowieka i do zwie­rza, kazał żywcem zako­pać.

ROZDZIAŁ 9:   RELIGIA I OBYCZAJE KAMCZADAŁÓW

Kamczadale we wszystkim czczą Boga, a wierzą najwięcej w słońce, miesiąc i ogień. Utrzymują że to wszystko jest Bo­giem, czego rozum i przemysł człowieka nie dokaże.

Kamczadale nie mający żelaza i krzesiw, dostają ogień przez tarcie drzewa o drzewo, ma­jąc do tego ze sobą siarkę i pewny ro­dzaj wy­suszonej trawy, która jak len się pali.

Jeszcze niektóre są u nich dawne zwyczaje. Wiele używa dotąd siekier z krze­mienia, ja­kich daw­niej uży­wano, nie zna­jąc że­laza, którego im dziś Rosjanie do­starczają. Na miej­sce igieł używają ości ry­biej a na miej­sce nici suszą żyły jele­nie, które ob­rabiają na wzór naszych konopi i kręcą sznurki do uszycia sukien i san­dałów. W od­leglej­szych od por­tów kolo­niach, na­rody żyją w ety­kie­cie staro­żyt­nej, bo nikt u nich nie bywa.

Ze skór jelenich wyrabiają zamsz na lato, spędzając sierść krze­mieniem. Malują różnymi kolorami te skóry, gdyż farb natu­ral­nych maja pod dostatkiem: suknie przyozdobiają zaś tamborowaniem, włosami zwierzę­cymi i lśnią­cymi traw­kami. San­dały czyli obuwie bardzo pięknie wyszywają. Na zimę noszą futra i kapturki na gło­wie, latem zaś mają od­kryte głowy, wiele kos ple­cionych przy końcu, do których różne kon­chy i kółka uwią­zują. Tam­borują twa­rze, czoła i szyje, na­kłu­wając ością ry­bią do krwi, które potem smarują farbami i to już zo­staje na zaw­sze. Ko­bieta, najwięcej ta­kiego wyszy­cia na so­bie ma­jąca, jest we­dług nich tym większą ele­gantką i tym bar­dziej dystyn­guje się nad inne.

Robią koszule z kiszek jelenich, które wyczyściwszy, zszywają jele­nimi żyłami i od dżdżu kładą na sie­bie.

Robią też suknie z nurków morskich, które są niewypowiedzianej piękności, w różnych kolo­rach odmie­niając się. Dla oso­bli­wo­ści ro­bią też suknie z kamienia śludą zwanego, który daje się drzeć na najcień­sze arkusze pa­pieru i służy tam za szyby do okien. Suk­nia takowa w ogień rzucona nie spali się.

Kamczadale bardzo są uprzejmi i gościnni. Co tylko ma w domu wszystkim przyjmuje go­ścia, ofia­rując mu na­wet jedną z żon swo­ich. To dzieje się szczegól­niejszym sposo­bem. Jak tylko gość za­wita, prowa­dzi u niemu swą żonę, która trzyma­jąc na­czynie mie­dziane pod pachą, którego się zwy­kle używa w nocy, w obec­ności jego, napeł­nia je, i tym go czę­stuje. Gość musi albo wypić albo przy­najmniej tym specjałem gębę wy­płukać i wten­czas już ma prawo do niej jak do swojej mał­żonki. W przy­padku odmó­wienia mógłby postradać życie, bo kra­jowcy po­dobne uchybie­nie biorą za wzgardę ich go­ścin­ności. Ten zwyczaj jed­nak wy­jąw­szy Ko­ryjaków, gdzie dotąd istnieje między Kam­czada­łami, znikać już po­czyna. Przypi­sać to na­leży lądowaniu cu­dzoziem­skich okrę­tów i pod­biciu Kam­czatki przez Ro­sjan.

Kamczadałów związki małżeńskie. Kiedy się stara o pannę kawaler, posyła do niej pstro­katego je­lenia, któ­rego je­śli za­ple­cie w trawy i kwiaty, pewnym jest jej ręki. Już to panna w liczbie trzy­dziestu bab sta­rych z krzy­kiem i ska­ka­niem niedźwie­dzi uwija się przed nim, a rzeczony kawaler musi w tłok tych bab prze­bi­jać się, wło­żyć jej na szyję z czar­nych soboli halsztuch i w tym czasie od każ­dej baby po kilkana­ście kuła­ków odbie­rze i już prowadzi do domu swo­jego na bie­siady.

Kamczadale i Kamczadalki nieustannie między sobą gadają i prze­pędzają wie­czory dłu­gie, opo­wia­dając kto z nich co wi­dział i jakie sny miewał. Lubią opowia­dać rzeczy niepo­dobne do prawdy, jakie im się zda­rzyły wi­dzieć na róż­nych woja­żach, bo się najwięcej naj­mują kupcom posyłającym okręty na wynalezienie wysp i na­rodów nowych. Nie­którzy opowia­dali, że nad lodo­wa­tym morzem znaj­do­wali, ludzi po połowie człowieka, i jedna od drugiej części nie­daleko le­żały, a gdy chcą iść zsu­wają się do połowy i formuje się człowiek. Nazy­wają tych ludzi Kambała, tłu­maczy się to na pol­ski ję­zyk Flon­derka. Inni opowiadali zaś że spo­tykali ludzi śpiących z zamarz­nię­tym soplem od nosa aż do ziemi, któ­rzy niby mieli być uśpieni aż do wiosny, których gdy ogrzeje słońce, ów so­pel ścieka, czło­wiek się bu­dzi i żyć za­czyna: dają im nazwisko soplaki. Inni zaś opowia­dają, że znajdo­wali miasta i ludzi po któ­rych chodzili; dają im nazwi­sko Krwio­piwcy. Kobiety mię­dzy sobą opo­wia­dają, że jedna wi­działa wy­chodzącą be­stię podobną do człowieka, z roz­czo­chranymi wło­sami, ogniem zie­wającą z py­ska. Inne też podobne opowia­dają ma­rzenia, a jedni dru­gich słu­chają z naj­większą cie­ka­wo­ścią i wierzą. Po ze­braniu ja­gód, po wysta­wieniu posą­gów i po od­by­ciu za­baw, wra­cają do domu.

Następuje polowanie na wszelakie ptactwo, które biją w ten sposób. Robią siatki z ta­mecz­nej trawy, uwią­zują do dwóch wiel­kich żerdzi i stawiają po rowach i wą­wo­zach idą­cych z gór do jezior. Tam całe ptactwo różnego ro­dzaju przebywa ży­wiąc się orze­chami wodnymi, a tak jest tłuste, że wysoko podlecieć nie może. Gdy więc noc nad­cho­dzi, owe ptaki cią­gną rowami i wąwozami do wody świe­żej do rzek spa­dają­cych, gdzie najmniej po kilka kóp w rozpięte siatki się plą­cze i tak przez noc wiel­kie stosy tego zbie­rają. Ponie­waż zaś tak wielka liczba razem wpada, głu­szą je mio­tłami i szyje odkrę­cają. Zjeść tego wprędce nie mogą ale robią zapasy aż do wio­sny. Kopią rowy dłu­gie, gdzie na­kła­dają różne drzewa pachnące a zwię­zując po parze ży­łami na żer­dziach wędzą. Wyko­pawszy na półtora łokcia do­piero cho­wają te ptaki i kon­serwują; które tak są smaczne jak naj­przedniejsze pu­lardy; to tylko że nadto są tłuste.

Skoro nastąpi zima, z domów letnich, które mają jedne z kory, dru­gie ze skór je­lenich, wy­noszą się do lo­chów pod­ziem­nych jurtami zwanych. Kopią w ziemi dłu­gie korytarze i sale, cembrują we­wnątrz drze­wem i po czter­dzie­ści lub pięćdzie­siąt osób zgromadzają się, to jest cała ich fami­lia. Mają w środku ko­min, na któ­rym nie­ustanny trwa ogień; luft tylko je­den do miesz­ka­nia służy za okno i drzwi. Miewa do tego jesz­cze każde małżeń­stwo namiot z fu­ter jele­nich, lampę od dwóch garncy wy­drą­żoną z kamienia; nalewają wielo­ryba tłu­sto­ścią, w miejsce knotu kładą mech wy­su­szony. Ta lampa pali się kilka dni, oświeca i ogrzewa ra­zem: przy niej kobiety odbywają wszelkie swe roboty i szy­cia. Męż­czyźni zaś ro­bią małe pastki na so­bole i po kil­kadzie­siąt ich na­robiw­szy, biorą psy, za­pas żyw­ności i na długi czas odłą­czają się na polo­wanie so­bo­lów, które ło­wią nastę­pują­cym sposo­bem.

Wiedząc gdzie ich jest największe mnóstwo, stawiają pastki na drzewach z pie­czoną rybą; soból prze­ska­ku­jąc z drzewa na drzewo trafia na pastkę, spieszy do ryby i zostaje w niej ujęty. Zosta­wiw­szy pastki sa­mym so­bie przez kil­ka­naście dni, my­śliwi idą z psami mię­dzy cedry, wypędzając so­bole na drzewa i biją z łu­ków tę­pymi strzałami, mie­rząc w sam łeb, żeby skóry nie po­psuć. Przy­chodzą później do swoich pastek, wybie­rają zapa­dłe sobole i z tą zdo­byczą wra­cają do domu, gdzie gro­mada różnych kupczyków z wódką, ty­tu­niem i in­nemu cackami na nich czeka. Te kup­czyki za nic pra­wie naby­wają prze­śliczne so­bole, lecz uczę­stowaw­szy ich i za­brawszy zdobycz mu­szą ucie­kać, bo Kamcza­dale odu­rzeni trun­kiem go­towi im ży­cie ode­brać.

Pogrzeby Kamczadałów. Nakładają wielkie stosy suszonych cedrów trzy lub cztery sąż­nie wyso­ko­ści od ziemi, i kładą na to nie­bosz­czyka, wszystkie fawo­rytne jego sprzęta, zbroje łuki, strzały i łyżwy. Sza­manka czyli Sy­billa z rozpusz­czo­nymi wło­sami, w dzi­wacznym ubio­rze, trzymając w jed­nym ręku palmę, w dru­gim ogień, z rykiem niedź­wie­dzim rozpę­dzona bieży ku stosowi i za­pala. Okropny to wi­dok gdy za­cznie docho­dzić ogień umarłego; kurczy się i rusza, a po spaleniu Sy­billa po­pioły rozsiewa odsy­łając je Bogom.

Niektóre narody chowają umarłych do kloców wielkości człowieka, odrębują okrą­głe drzewo z korą, wydrą­żają jak człek może się schować, druga połowę nakryw­szy, rozpie­rają w la­sach mię­dzy dwa drzewa pobliż­sze, ni­czym nie uwięzu­jąc, które wie­kami stoją.

U Kamczadałów największe nieszczęście i głód, gdy morze nie wy­rzuca wielo­ryba, co się rzadko zdarza. Wielo­ryby zbli­żyw­szy się do brzegu, już nie mogą się wrócić na mo­rze, bo cała forsa ba­lansu ma się do ziemi. W naj­później­szą je­sień naj­więk­sze by­wają szturmy, po­rywają bałwany mor­skie wieloryby bliski brze­gów, łomią je i mio­tają nimi po kilka­na­ście razy; za­braw­szy je z brzegu, znowu na brzeg unoszą i wy­rzu­cają. Tu dopiero nastę­puje wielkie ukon­ten­towanie dla Kam­czada­łów; którzy z całej ko­lonii zbierają się, na­kła­dają wielki ogień i zaczy­nają na­przód losy rzucać mię­dzy sobą, komu jaka cześć ma się do­stać wą­sów od wielo­ryba. Najpotrzeb­niejsze są dla nich te wąsy, których uży­wają do ob­wodu łu­ków, na łyżwy dla sie­bie i na pod­bicie sanek.

Bywa czasem, że nie mogąc się zgodzić, zabijają jedni drugich. Później zaczy­nają tran­sze­rować wielo­ryba, od­wa­la­jąc ogromne bryły tłustości, gdyż w nim mięsa jest mało. Tłustość ta służy im przez całą zimę do oświeca­nia miesz­kań. Czas długi minie, nim oni wieloryba rozbiorą i prze­wiozą. Zaczyna już śmier­dzieć, wia­try mor­skie uno­szą na ziemię te smro­dliwe zapachy, co niedź­wiedzie po­czuw­szy idą sta­dami za owym wia­trem, nie zbliża­jąc się nagle, ale po kilka­dzie­siąt kro­ków po­stępując i wstrzymując się Kamcza­dale róż­nie ich stra­szą, nakłada­niem wiel­kich ogniów i krzykiem, lecz oni na to nie dba­jąc coraz bliżej przystępują tak, że miesz­kańcy zmu­szeni są opusz­czać zdo­być i ucho­dzić do swoich sie­dzib. Po­tem niedź­wie­dzie wpadł­szy, już koń­czą wielo­ryba z po­moca tysiącz­nych morskich czajek. Po upły­wie dwóch dni same już tylko wi­dać ko­ści, z któ­rych wybierają pa­cie­rze grzbietowe i zawożą do osad na fun­damenty do­mów.

W niższej Kamczatce znajduje się roślina, z której wódkę pędzą. Podobna jest cokol­wiek do ko­pru na­szego, wy­soka na dwa łokcie od ziemi; a grubości palca wielkiego u ręki. Ro­ślinę tę zrzy­nają i w domach na słońcu wę­dzą. Sok jej tak jest mocny, że za do­tknię­ciem bąble i pryszcze na­rastają. Wszystko to zno­szą do komen­danta, który mając już kocioł żela­zny, umyślnie spro­wa­dzony z Sy­berii, pę­dzi wódkę nastę­pującym sposo­bem: moczy kilkana­ście dni w beczkach te ro­śliny, póź­niej kładzie w kocioł i do pro­porcji dwóch wia­der wrzuca dziesięć fun­tów sucha­rów; naj­przód przez alembik przepędza i za­czyna iść wódka jak mleko biała, potem to przepę­dzanie kilka razy po­wta­rza, dopóki się nie przemieni, w ko­lor zie­lony. Wtenczas staje się spi­rytus naj­mocniej­szy, prze­wyż­szający nasz arak; smak tylko zu­pełnie trawy. Naj­wię­cej Komendant kilka wiader tej wódki otrzy­muje, za którą posy­łając po in­nych narodach, wielkie korzyści odnosi w so­bolach i w in­nych fu­trach.

Komendant w niektóre festyny wydaje bale, a nie mając innego to­warzystwa, za­prasza ta­meczne kobiety i męż­czy­zny. Pierw­szą tam osobą jest tameczny Ewan­gelista i dwóch ofi­cjalistów, którzy w całej kompa­nii rej wodzą. Za ich przyby­ciem komen­dant sprowadza szamanów i szamanki, aby po­kazywali swe ku­glar­stwa i sztuki. Tańce każde idą podług na­rodo­wego zwy­czaju, naj­więcej mrucze­niem i pantominami niedź­wiedzimi. Niektóre ko­biety w niższej Kam­czatce od­dzielają się od in­nych kobiet i zaczy­nają tańco­wać jak je An­glicy i Hiszpanie uczyli. Mają do­tąd od nich wiele pier­ścieni i in­nych pa­mią­tek. Niebez­pieczna to rzecz kochać się w Kamcza­dalce, bo gdy naj­mniejszą do­strzeże nie­sta­łość, na­tychmiast przez ze­mstę struje tra­wami. Dla tej przy­czyny w Kamczatce żad­nego ro­dzaju bydła zapro­wadzić nie można, bo między najpięk­niej­szymi tra­wami są ro­śliny trujące i szko­dliwe.

Komendant na tych biesiadach częstuje herbatą, swoją wódką, ryba i innymi pro­duktami podług tamecz­nego zwy­czaju. Smutna jest pozycja nie mając w tym miejscu z kim ob­co­wać.

Gdy już nie miałem żadnej nadziei uwolnienia i powrotu do mojej ojczyzny, za­cząłem my­śleć o spo­so­bach wy­do­by­cia się z tego nie­szczęścia. Gospodarz i strażnik mój, w którego domu miesz­kałem, przy­puścił mnie do konfi­dencji swo­jej, który też był nie­szczęśliwym, bo knutowany i po­słany z Ir­kucka do niż­szej Kam­czatki. Był on miesz­cza­ni­nem, oże­nił się z Kam­cza­dalką i miał dozór nad re­kwi­zytami okręto­wymi. Po długim cza­sie, gdy już zupełnie do mnie się przy­wią­zał i wszyst­kiego się zwierzył, podał mi projekt ucieczki, za­ręczając jesz­cze ze swojej strony dwóch namówić po­dobnie ze­sła­nych na zsyłkę. Mie­li­śmy za­brać trzy fur­manki po siedm psów, naj­wy­borniejszych biegu­sów, a przy­spo­sobiwszy żyw­ność udać się za­mar­z­łymi brzegami Oce­anu na cypel Azji do narodu Czuk­czów, le­żą­cych prze­ciw mniemanej Ame­ryce wschodnio-pół­nocnej, kędy Cook przez Sund przesu­wał się i dla lo­dów do od­wrotu przymu­szony został. Za­miarem na­szym było prze­bywać tam czas nieja­kiś, dopókiby z przypadku nie przybył jaki okręt woja­żu­jący, do którego punktu nie­gdyś okręty an­gielskie i hisz­pań­skie za­wijały. Długo nad tym rozmyśla­jąc, sprowadził mój go­spo­darz jed­nego z majt­ków, który będąc po­rwany od Czukczów, kilka lat w ich kraju miesz­kał. Ten niby dla zabawy mojej opisy­wał mi ich spo­sób ży­cia, igrzyska i różne ob­rządki. Przez cały czas swego po­bytu pasł u nich je­lenie a dla uweselenia od­dali mu ku po­mocy wzgar­dzoną żonę, któ­rych mają po kilka. To ich przyjęcie najwięcej mnie zastana­wiało i wstrzymy­wało od pro­jektów, gdyż podob­nemu losowi musiał­bym ulec, nim bym się docze­kał przypad­kowego okrętu. Jed­na­ko­woż przed wy­kona­niem na­szych zamy­słów, na­stąpiło moje uwol­nienie.

ROZDZIAŁ 10:   WYPRAWA OKRĘTU DO JAPONII

W bytności mojej wyprawiony był okręt do Japonii z wyrzuconymi na brzeg Kam­czatki Ja­pończy­kami, któ­rzy przede mną półtora roku już tam przebywali. Był to okręt kupiecki, skła­dający się z sześć­dziesię­ciu lu­dzi i na­czel­nika swego nazwa­nego Kadaiła.

 Japończykowie nie żeglują po całym morzu, lecz tylko trzymają się brzegów.

Katarzyna Wielka chcąc Nipon zwiedzić i odkryć drogę, zrobiła li­tość w ich ode­słaniu, ra­zem szu­kając tego na­rodu przy­jaźni i han­dlu. Przez dwuletnie przeby­wanie moje w niższej Kamczatce po­wrócił okręt, a Kapi­tan, który ze mną był w przy­jaźni, ofia­ro­wał mi kopię mapy, dla gabinetu zrobio­nej, cypla Azji z róż­nych wo­jażów Cooka, La Pe­rusa, mapy hisz­pań­skiej i swój wojaż do Japonii.

Wiele mi ten Kapitan rzeczy naopowiadał o swojej podróży i o przyjęciu w Japo­nii. Długi tam czas bawili, ocze­ki­wa­jąc na re­spons Mogoła Cesarza Japońskiego, który tym okrę­tem miał sobie przy­słane pismo od Katarzyny Im­pera­toro­wej. Z rela­cji tego Kapitana miała być odpowiedź niepo­myślna, niby zawierająca w ta­kich wy­ra­zach rzecz nastę­pu­jącą:

1 . Że Japonia nie zna potopu świata i ma tak wielką ludność, że ledwo ziemia wstrzy­mać ja może.

2 . Religia im broni przyjmować tych ludzi z powrotem, których los na zgubę raz prze­zna­czył; bo się tak stało, że tym wszyst­kim lu­dziom głowy poucinano, skoro tylko byli im przy­wróceni. Ostrze­gali zarazem, aby podob­nego mi­ło­sier­dzia nie czynić i od niż­szej Kam­czatki tą drogą nie przyby­wać, bo inaczej życie stracą.

Co się tyczy handlu, dajemy wam naszej połowę pieczęci, abyście szli do tych portów, do których przyby­wają An­glicy gdzie i was przyjmą. Zakazano im pod karą śmierci, aby nie mieli żadnego handlu w ich por­cie, tam jednak bawiąc, wiele rze­czy pięk­nych i oso­bliwych wywieźli, jako to: pa­ra­sony drewniane za­stana­wiają­cej pięk­ności, na­czy­nia drew­niane i różne mate­rie.

Są nad brzegami morza rozwaliny kamienne, gdzie różne się znaj­dują skamie­niałości i pe­tryfika­cje w wiel­kich bry­łach, krysz­tały w kolorach różnych, sople w rozmaitych figu­rach a dziwnie piękne. Trudny zaś do owych roz­wa­lin przystęp i z lądu i mo­rza. Żadne w tym miej­scu nie miesz­kają na­rody, okręt też żaden przy­stąpić nie może. Woja­że­rowie posy­łają sza­lupy ku tym miej­scom i zna­chodzą wiele ułomków krysz­ta­łów i miedzi. W tych miejscach dają się wi­dzieć góry mie­dziane, któ­rych wierz­chołki z ubytą wodą cza­sem się po­kazują.

Na wyjeździe moim z niższej Kamczatki, powróciły kupieckie okręty z różnych wysp, po pięciolet­nim na nich po­by­ciu. Po­wy­naj­dywali wyspy nowe i wzięli wielkie zdobycze ka­mieni i futer rozlicz­nych. Opowiadali o róż­nych zda­rze­niach i przygo­dach swoich a mię­dzy innymi mówili, że płynąc według przeznaczenia, sły­szeli od wyspia­rzów, że koło gór mie­dzianych i kryszta­łowych miał się rozbić okręt, a jak krajowcy wnoszą, nie inny tylko La Pe­rusa, bo w czasie tym żadni inni ludzie nie wojażo­wali; La Perus zaś był tam wszędzie znajomy, gdyż do wielu portów róż­nych zawijał. Z deta­lami nawet opowiadali, że okręt był czer­wono malo­wany.

Widziałem u komendanta kilka sztuk konch, jak największy blat podługowaty i wkoło perły wielko­ści fa­soli. Miał on ten pre­zent od przybyłych tam okrętów. Wi­działem takoż u niego morskie dziwne twory a między nimi i raka. Kor­pus jego był wiel­kości har­buza, a ty­siączne nogi w kłęb­kach i w róż­nych festo­nach po kil­ka­na­ście łokci dłu­gości. Cieka­wość wielka wi­dzieć go w wo­dzie z rozpuszczo­nymi no­gami: zowią to stwo­rze­nie Słoń­cem morskim.

Są niektóre tradycje, ze kilkanaście familii posłanych na zsyłkę i osadzonych nad rzeką Je­nisej, miało się prze­drzeć brze­gami mo­rza lodowatego, prowadząc pła­skie i szydło­wate statki, które za na­ciskaniem lo­dów wciągały je na ląd, skoro zaś lody od­pę­dzone zo­stały przez wiatr od brzegów ziemi, szli w dalszą po­dróż. Dwa niby do tej hi­storii są do­wody: pierwszy, że znaleźli obraz wielki drew­niany przy uj­ściu rzeki Je­nisej do morza, który to ob­raz cudami sły­nący był uniesiony z ka­plicy między Irkuc­kiem a Jakuckiem; drugi dowód, że Kam­czadale polując na bobry nad morzem lodo­watym, które wy­chodzą z morza i na bry­łach lodu spo­czy­wają, za­pędziwszy się za nimi, po­strzegli wielkie wyspy i po­dobne cerkwie do na­szych; wnio­skują więc, ze owe familie tam przeszły i rozmno­żyły się.

ROZDZIAŁ 11:   WZMIANKA O BENIOWSKIM

Dochodząc do niższej Kamczatki, dokąd było jeszcze dwa tysiące wiorst, zabra­kło na okrę­cie wody; przy­byli­śmy po dro­dze do portu małego Bolszereckim zwa­nego i tam spo­czywali­śmy.

Jest na tym miejscu dość dość osiadłych Syberianów, różnych majtków i kilka fa­milii Mo­skali, dawno na zsyłkę po­sła­nych. Była tam także cerkiewka i pop z liczna rodziną. Dowie­dziawszy się, że jestem Polak, opo­wiadali mi, że tu u nich mieszkał zesłany Au­gust Polak, znany pod nazwi­skiem Beniowskiego. Opo­wie­dziano mi całą jego hi­storię i o szczegó­łach oswobo­dzenia, gdyż ci sami to opo­wiadali, któ­rzy byli świadkami jego tam pobytu i wyj­ścia. Co wię­cej jeszcze, że Kam­czadale, któ­rych Beniowski za­brał dla nie­dostatka majtków, byli z nim w Pa­ryżu, a później do straży mi przydani w niższej Kam­czatce.

Następuje opisanie w jaki sposób oni wrócili do swojej ojczyzny. Beniowski, albo jak tam nazy­wano Au­gust Po­lak, do­stał się w nie­wolę za Barskiej jeszcze konfe­deracji. Gdy z nie­woli uciekł był dwa razy z To­bolska, ode­słany zo­stał z portu Sy­bir­skiego Ochocka przez za­lew morza do Bolszerecka, z czterema in­nymi nie­wol­ni­kami. Potrzeba wie­dzieć, że Mo­skale w por­cie Sybir­skim nie mają żad­nych okrętów, tylko najbogatsi kupcy mo­skiew­scy, Ir­kuccy po­sia­dają małą flo­tylkę do czte­rech lub pięciu okrętów, i ciż sami pro­wadzą handel z Kjachtą, która leży ku połu­dniowi, w bok Irkucka, przy granicy Chiń­skiej.

Kupców niezmiernie kosztuje ta flotylka, lecz to wszystko się wyna­gradza zdoby­czą fu­ter. Muszą posyłać z Ir­kucka wszel­kie potrzeby okrętowe aż do gwoździa najmniejszego. Wszystko się to trans­portuje końmi do wierz­chowia rzeki Leny, rzeka Leną do Jakucka, a stamtąd do Ochocka znowu końmi, przez trzy ty­siące wiorst drogi. Bywają przy tym i towary różne dla wysep­nych na­ro­dów, jako to: ty­tuń, paciorki kolo­rowe, że­la­stwa różne i spi­ry­tusy, któ­rymi wszyst­kie bogactwa od nich wy­du­rzają.

Irkuccy kupcy kupują u komendanta niewolników posłanych na zsyłkę, i okręty swoje ta­kimi ludźmi napeł­niają, dając im broń strzelecką, żywność i w umowie z nimi obiecują czwartą część zdo­byczy z podbicia na­rodów wy­na­lezionych na oce­anie.

Na takim okręcie i z takimi ludźmi był posłany Beniowski. Przesze­dłwszy przez zalew mo­rza Ochockiego do Bol­sze­recka okręt zazi­mował, a Beniowskiemu wskazano to miej­sce do przeby­wa­nia.

Miał czas Beniowski w ciągu podróży z tymi ludźmi poznać się i wszedł z nimi w przy­jaźń, która mu się w końcu przy­dała. Wyro­zu­miewał osoby, jakiego są spo­sobu myśle­nia i de­terminacji, straszył tych strzel­ców, że idą z dra­pieżnymi bić się zwie­rzętami, że równie utracą swe życie; co jeden dru­giemu ko­muniko­wał pod se­kretem, nic jed­nak nie wspo­mina­jąc majt­kom, którzy w Bol­szerecku mieli swe domy i żony. Oświadczył im Be­niowski, że ich wy­prowadzi tego nie­szczę­ścia, je­śli mu za­ufają, na co naj­chętniej przy­stali i miał już wszystkich po sobie, którzy mu później po­przysięgli.

Gdy już stanęli na miejscu, stawiony był Beniowski ze czterema in­nymi przed ko­men­danta Ni­lowa, w ran­dze ma­jora zo­sta­ją­cego. Ten oświadczył im, że tu mają przebywać, że do­staną gaży po jed­nym pią­taku dziennie na żyw­ność i odzie­nie, a ka­zał aby resztę zarabiali sobie praca rąk własnych.

Beniowski przebywszy tam czas jakiś i obeznawszy się z miesz­kańcami, oświad­czył ko­mendan­towi, ze chce zało­żyć szkółkę ucze­nia po rusku czytać i pisać, ile że ten język sam dobrze posia­dał. Ko­mendant mając do­bre serce z chę­cią na to zezwolił, i tak Be­niowski za­czął mieć lepszą sy­tuację. Miał pop ta­meczny trzech sy­nów, niektórzy ofi­cjali­ści i majt­kowie po­oddawali swoje dzieci pod dozór i edu­kację na­uczyciela, których liczba do dwudziestu do­cho­dziła. Nie zapo­mniał Be­niowski o swoim projekcie. Miał czas i spo­sob­ność z przyby­łymi na okręcie strzel­cami i nie­któ­rymi majt­kami po­rozu­mieć. Którzy nie mieli swych do­mów i żon, wszyscy byli jed­nego z nim spo­sobu my­ślenia: trudność tylko zacho­dziła o resztę majtków, któ­rym nie można było sekretu od­kryć. Cze­kał Be­niowski zbli­że­nia wio­sny; dwa mie­siące pozo­stawało mu jesz­cze czasu, nim okręt miał z portu odpły­nąć, lecz se­kret jego wy­dał się u komen­danta, o czym Beniow­ski uwia­do­miony, wi­dząc nagłe nie­bezpie­czeń­stwo, śpieszył ostatnim ażar­dem wyko­nać po­wzięte za­mysły, aby uprze­dzić swe aresztowa­nie. Wziąw­szy z sobą Chrusz­czewa, przy­jaciela i wspól­nika nie­doli, przychodzą w nocy do Ni­lowa ko­men­danta chcąc go tylko aresz­to­wać. Znaj­dują śpią­cego na wznak, porywa go Be­niow­ski za ręce, aby się oddał w areszt. Ko­men­dant obu­dziwszy się zła­pał Be­niow­skiego za chustkę i gdyby szczę­ściem nie rozwiązała się, pewnieby bo był udusił, a w tym mo­men­cie przyja­ciel Chruszczew nożem przebił na łóżku komen­danta.

Po dopełnionej historii Beniowski już się ogłosił komendantem ma­jąc kilkadzie­siąt strzel­ców za sobą, a miesz­kań­ców z majt­kami nie było nad osób kilkadzie­siąt.

Kupiec najwyższy komendant okrętowy od kantory Irkuckiej po­słany, uciekł, żeby go nie za­bili i cała zdo­bycz na okrę­cie róż­nych towarów dla wysepnych narodów, spirytusu i tytuniu dostały się w ręce Beniow­skiego. Po­czę­sto­wał swo­ich przyja­ciół spirytu­sem i ty­tuniem, co tam jest wielką osobliwo­ścią, i tak dodał im mę­stwa. Majtko­wie mający w tym miej­scu domy i żony, poucie­kali, co było rze­czą najważ­niejszą w nie­do­statku majt­ków. Be­niowski użył for­telu, kazaw­szy ze­brać żony i dzieci zbie­głych majt­ków i spę­dziw­szy do cerkwi, kazał wkoło obło­żyć drwami, niby chcąc je po­palić dla po­strachu, aby mę­żowie wró­cili, co się tak stało, że dla mi­ło­ści żon i dzieci popowracali z lasów i oddali się na re­spekt ko­mendanta.

Już tedy nasz Beniowski w tym czasie był zupełnie panującym i pewnym, że zima żaden okręt nie przyj­dzie. Oczeki­wał tylko pory wiosennej do wyjścia z portu: był wszelako w oba­wie, bo nad mo­rzem niektóre małe na­rody zostawały pod wła­dzą ko­men­dantów mo­skiew­skich.

W tej będąc niespokojności i lękając się, żeby go połączonymi si­łami nie atako­wali, za­brał się zu­pełnie na okręt, cho­ciaż jesz­cze był w lodzie, z całą swoją ko­mendą i przesia­dywał jak w fortecy.

Po niejakim czasie różni komendanci od małych koloni, zebrawszy się do tysiąca ludzi, ata­kowali Beniow­skiego na okrę­cie, ale gdy z armaty bez kuli kazał dać ognia, wszystko to po­szło w roz­sypkę: część nie­znaczna tylko miała broń ogni­stą, reszta zaś była z łu­kami.

Po takowej rozprawie już się stał zupełnie bezpiecznym i czekał pory wyjścia z okrętu. Wziął z sobą jed­nego ucznia, który był sy­nem tamecznego popa i z nim cały wojaż od­pra­wił. Bra­kło jesz­cze Be­niow­skiemu majt­ków, bo nie wszy­scy z la­sów powró­cili, przymu­szony był w końcu zabrać kilkuna­stu Kam­czadałów.

Gdy już nastąpiła wiosna, puścił się w podróż na los ślepy, płynąc zawsze ku stronie połu­dniowej i tak bli­sko miał do­cho­dzić Ekwa­tora, że ledwo wytrzymać mogli nadzwy­czajne go­rąca.

Wiele po drodze znachodzili wysp i różnych narodów, nad czym robił obserwa­cje. Gdy szczę­ściem Be­niow­ski po wielu tru­dach i niebezpieczeństwach przybył do Europy i zja­wił się w Paryżu; oświad­czył rzą­dowi, że w cza­sie swojej podróży zna­lazł wiele krajów i wysp nieznanych, dano mu eskadrę i puścił się znowu na mo­rze. Lecz po przebieże­niu znacznej wód prze­strzeni, do­znając różnych przy­pad­ków, w cza­sie lądowania na wy­spie Ma­daga­skar zabitym został. Kamcza­da­łów bied­nych i syna popa zostawił w Pa­ryżu, gdyż nie byli mu przy­datni.

Długo ci nieszczęśliwi błąkali się: syn popa był ich przewodnikiem. Na szczęście ktoś ich oświecił, że w tym miej­scu jest peł­no­mocny poseł moskiewski. Udali się więc do niego, a ten dał im pro­tek­cję i odesłał ich na okrętach angiel­skich do Ar­chan­gielska. Później sta­wieni byli do Peters­burga, z któ­rych opowia­da­nia uło­żono dziennik po­dróży Be­niow­skiego.

Katarzyna II kazała dać im wolność i mieszkanie z pensją, na co się oni nie zgo­dzili, żą­da­jąc tylko powró­cić do swojej oj­czy­zny. I w rze­czy samej tak się stało, powróciwszy do niż­szej Kamczatki przysta­wieni mi byli do straży.

Opowiadali mi dziwne rzeczy o Paryżu, bo tego pojąć nie mogli po­dług ich wy­obrażenia i spo­sobu pojmo­wa­nia rze­czy.

Te wszystkie wiadomości, o których tu wspomniałem, są opisane z opowiadania ludzi ta­mecz­nych, któ­rzy z Be­niow­skim ra­zem prze­bywali w Bolszerecku, gdzie i ja idąc na prze­znaczenie moje przez kilka dni spo­czą­łem. O dalszej jego po­dróży nic nie nadmie­niam bo historii jego wo­jażu nie czyta­łem.

ROZDZIAŁ 12:    NA NARODACH ZNANYCH POD NAZWISKIEM CZUKCZÓW

Ku cyplowi Azji do Czukczów blisko morza lodowatego osiadłych nie które kolo­nie i mia­steczka są zbli­żone, w któ­rych różne na­rody zamieszkały, wiele Sybe­rianów, Moskali i po­słanych na osadę. Po tych osa­dach są garni­zony od na­padu Czuk­czów. Wiele tam prze­bywa kupców dla futer, gdzie najwyborniej­sze znaj­dują się sobole, popielice i lisy czarne, naj­bar­dziej dla Czukczów i Korjaków, z któ­rymi chcą mieć han­del.

Jakoż i byli zbliżeni do nich w dobrej harmonii i przez tłumaczów dokazali, że było miej­sce wy­zna­czone, do­kąd Czuk­czo­wie z wielką liczbą i taborem na jele­niach przybywali. Bardzo wiele od nich Mo­skale i Sy­be­ria­nie profi­to­wali, dając im za so­bole, kuny i inne futra, w za­mianę tytuń, że­lazne garnki, paciorki, różne żela­stwa i inne cacka.

Kiedy zabrakło Moskalom tytuniu mieszali liście od kapusty; na czym się Czuk­czowie po­znawszy, w końcu jesz­cze do­wie­dli swoją cnotę i przyjaźń.

Gdy już porozumieli się z sobą, częstowali ich Moskale tytuniem. Ponieważ zaś Czuk­czo­wie mają zwy­czaj za­palać lulki ra­zem wszy­scy i dym połykać, od którego mocy zo­stają na czas krótki odu­rzeni; więc Mo­skale ko­rzy­stając z tej okazji, po­za­bijali swo­ich przy­jaciół i wszystko im odebrali.

Od tego czasu żadnej już z nimi nie mają zażyłości, ale są najwięk­szymi ich nie­przyja­ciółmi.

Idzie Moskalom najwięcej o to, aby podbić Czukczów dla portu i odkrycia stam­tąd wschod­nio-pół­nocnej Ame­ryki, któ­rędy przez cia­śniny Cooka przechodził i przy­czyny lo­dów zwró­cić się mu­siał.

Czukczowie przejeżdżają na łodziach skórzanych i stają trzeciego dnia na brze­gach Ziemi Nowej a po­mię­dzy dwoma tymi zie­miami znajdują się trzy wyspy, które oni napa­dają i od­bierają z nich cały majątek.

Podług wszystkich wojażerów, żaden tam duży okręt nie mógł do­tąd wylądować. Jedni dla miał­kiej wody, dru­dzy dla mgły, inni zaś w małej liczbie nie odważyli się widząc na drugiej stronie brzegu tłum ludzi. Nikt więc jeszcze nie wylą­do­wał na brzegi mniemanej Nowej Ameryki i rzecz dotąd wąt­pliwa czy to jest półwy­sep jaki, czy też ciągła zie­mia, która się może łą­czy z Ame­ryką i innymi dal­szymi krajami.

Wnioski tylko czynią, że to musi być Ameryka, ponieważ wiele drzewa i innych znaków przypędza Ocean na brzegi Azji, ale do­tychczas żadnej nie ma wiadomo­ści pewnej.-

Dostała mi się mapa z przypadku najdoskonalsza cypla Azji i wysp na Oceanie przyle­głych i wszystkich wo­ja­że­rów, któ­rzy tylko w jakim roku zawijali: z tej mapy nie pokazuje się, aby którzy­kol­wiek z nich potra­fili wy­lą­do­wać.

Rosjanie pozakładali blisko Czukczów cytadele w miejscach dla siebie najuży­teczniej­szych, nad rzeką Ana­dyr, gdzie mieli naj­więk­sze połowy ryb i jeleni ale to nigdy utrzy­mać się nie mogło, bar­dzo wiele ludzi z obu stron gi­nęło, w ostatku Mo­skale przy­mu­szeni zo­stali ustą­pić.

Już od tego czasu nie robią żadnej wyprawy tylko szukają ich przy­jaźni. Ten odle­gły nad­zwyczaj­nie punkt na mało im się przyda, prócz portu aby mogli z czasem odkryć mnie­maną Amerykę.

Czukczowie jest to naród od wszystkich innych różniący się wzro­stem, piękno­ścią, fizjo­gnomią i szcze­gólną de­termi­na­cją. Dzieli się na kilkanaście rodów i ty­leż mają swoich zwierzchników, wy­bie­rają zaś sil­nych, wy­so­kich i od­waż­nych. Miesz­ka­nia ich i zwy­czaje po­dobne są do innych lu­dów w tej stronie świata osia­dłych.

Na zimę mają lochy w ziemi, na lato ze skór lub z kory szałasy.

Religia, obrządki, palenie umarłych, są u nich jak u sąsiednich im narodów: prócz tego, że bar­dzo sta­rych i cier­pią­cych w cho­robie najbliższy przyjaciel za­rzyna, oświadczając naj­przód, ze z czułego przywią­zania nie do­zwoli ni­komu ale swoją ręką skróci mu mę­czarni.

Czukczowie trafnie strzelają z łuków, na jeleniach zręcznie jeżdżą i w zawody na łyż­wach jak ptaki latają. Wy­trzy­mują zimna największe i prawie wszystko surowe jedzą: chcąc ich pobić po­trzeba lu­dzi im podob­nych aby też wszystko wy­trzy­mać mo­gli.

W czasie, kiedy Moskale na nich napadali w założonych cytade­lach, a gdy oni wi­dzieli, że im po­dołać nie mogą dzieci swoje i żony zabijali, aby się nie dostały nie­przyjacielowi, sami zaś z wiel­kiej od­wagi ginęli.

ROZDZIAŁ 13:   NASTĘPUJE MOJE UWOLNIENIE

Podczas mojego pobytu w porcie Ochocku, kupiec ( o którym wyż nadmieniłem ) podjął się rze­czy naj­nie­bez­piecz­niej­szej dla siebie, bo z niewolnikiem sekretnym i bezimien­nym nikt rozmawiać nie może, a wie­dzieć o nim pod karą naj­większą. Ten po­czciwy ku­piec wziął ode mnie listy i drogą handlu przesłał je do Peters­burga, gdzie w rok po śmieci Katarzyny II do­stały się do rąk Pawła I. Wziął przy tym inne listy do nie­których roda­ków.

Pawłowi pierwszemu winienem życie i wolność, bo on mnie wyna­lazł.

W niższej Kamczatce i po innych cytadelach wyszukiwano przy mnie dwóch puł­kowni­ków rosyj­skich, z któ­rych je­den zwał się Kra­snoszczoków, a drugiego nie pamiętam. Byli oni ze­słani od Kata­rzyny II w te strony, ale gdy na­zwi­ska prze­mie­niono, znaleźć ich nie mogli. I ja w podobnej zo­sta­wałem sytuacji.

Prośba pisana do Katarzyny II.

Najjaśniejsza Pani!

"Zasługuję na litość Twoją. Oto ja z nieszczęśliwego narodu Polak, wzięty w krwawym boju, okryty ra­nami i ze­słany w tę dziką i odludną krainę, gdzie głód i nędza i wnętrzna zgryzota duszy, co mnie o moment mało nie po­grąża w ciem­no­ściach bez­den­nych, jedną się żywię i karmię nadzieją litości. Rzuć tylko okiem na te dzikie i mało się róż­niące od zwie­rząt narody a po­wrócę do życia; gdzie w słod­kiej spo­kojno­ści zawrę po­wieki.

Cóżem ja winien nieszczęśliwy, że los mnie na łonie ojczyzny mojej urodził Pola­kiem, że od dzie­cinnych lat od­dany do woj­ska narodu mojego, służąc przez ciąg dwudziestoletni na­uczyłem się być wier­nym oj­czyź­nie, od której życie, imię, ma­jątek i wszystko wziąłem co posiada człowiek szczę­śliwy.

I byłżebym tak niewdzięczny, abym w zawołaniu onej nie stanął na jej obronę.

Poszedłem ja z narodem, poszedłem drogą, ale w ciemnym tuma­nie, gdzie i naj­zna­jomsi zba­czać mogą, gdzie szu­ka­jąc ra­tunku łzami zlewają się gorzkimi. Otóż to taka postać moja, gdzie wywie­ziony z ojczy­zny i rodziny mo­jej, bym jako wię­zień za ojczyznę koń­czył byt życia mojego etc" Reszty nie mogę sobie przypo­mnieć.

W końcu drugiego roku, gdy już zupełnie pozbawiony byłem wszel­kiej nadziei oglądania kiedyś swojej oj­czy­zny albo uzy­ska­nia wolno­ści, tym bardziej spodzie­wałem się, że na­dej­dzie rozkaz skró­cić ży­cie mor­derczą śmiercią, ile mi zaw­sze wma­wiano do udręcze­nia, że najwięksi krymina­liści są posyłani na egzeku­cję przy­kładnej śmierci dla naro­dów pod­bitych, aby się nie bunto­wali. Człowiek ogar­niony nie­szczęściami, przypusz­czał so­bie tysiąc ima­gi­na­cji i czarnych my­śli.

Trapiły one bez ustanku i niespokojną czyniły duszę. W tak smutnej rozpaczy i oczeki­wa­niu losu, przy­biega go­spo­darz, w któ­rego domu mieszkałem, zbladły, zadyszany i wylękły do­nosząc mi, że okręt poka­zuje się bli­sko portu. Ja mówię mu: po­wi­nieneś się z tego cie­szyć, a on powiada mi na to: kto wie, co przy­chodzi na nim, smutek czy ra­dość. Były tu bowiem takie przykłady, że komen­dant, chcąc złupić na­rody i wydrzeć im wszystko, donosi guberni ir­kuckiej fał­szywie, że się bun­tują i nie są posłuszni, a gu­ber­nia w skutku tych do­niesień dają komen­dan­towi moc i jus gladii.

Ten tedy moralny człowiek wszystkie barbarzyństwa popełnia i ma­jątki wydziera, gdyż le­dwo w lat kilka rząd gu­berni od­bie­rał raporta. Teraz co rok mają komunika­cję przez przy­bywa­jące okręty ku­piec­kie, które skła­dają małą flotylkę w por­cie Ochocku.

Nie wyszło godzin dwóch po uwiadomieniu przez gospodarza o zbliżającym się okręcie, gdy wcho­dzi do mnie ko­men­dant z ka­pita­nem okrętu, których ja spo­strzegłszy, pomimo tego, że by­łem pier­wej osła­biony, wpadłem w więk­szą sła­bość, która mi śmiercią gro­ziła, mniemając, że mi wyrok śmierci mojej oznajmić mają.

W tym razie usłyszałem od komendanta, że Paweł I zwraca mi ży­cie i wolność. Z po­czątku nie wie­rzy­łem, są­dząc, że mnie przez to chcą przysposobić do wytrzy­mania kary dla mnie przezna­czonej; tymcza­sem przezie­ram przez okno pę­che­rzowe a do­syć świa­tłe, czy się już nie palą stosy na moją egzekucję, ile że tu­multa lu­dzi za­częły się groma­dzić.

Komendant i kapitan okrętowy sami nie wiedzą, jak sobie postąpić, gdy ja nie wie­rzę, żem wolny i odpo­wia­dam tylko, że kon­tent jestem iż dziś zakończę moje mę­czarnie.

Ale gdy kapitan mając listę pierwszych osób Polaków, zacytował, że Kościuszko, Wawrzecki, Niemce­wicz, Po­tocki i inni są uwolnieni, dopierom uwierzył. Pory­wam się z mojego siedzenia uczy­nić im grzecz­ność, ale w tym mo­mencie z wiel­kiej ra­do­ści po­chwia­łem się i prawie bez zmy­słów upadłem. Do­stałem stąd cho­roby, która mnie zaw­sze w pół du­siła, jak gdy­bym był czym przepa­sany. Doktora w tych stro­nach nie uży­wają, chyba jed­nych Sy­billów czyli Sza­manek, które prócz cu­dów swoich leczą ziołami.- Komendant w tym razie kazał przy­nieść spi­ry­tusu pę­dzo­nego z roślin ta­mecznych. Tego mi nalano w gębę, otworzyw­szy wprzód usta ko­ścią na miejscu noża, czym w części się upiłem i całe usta spa­lone zostały.

Puszczano mi krew strzałą kamienną, ale więcej nie poszło nad łyżkę. Po nieja­kim cza­sie ocuci­łem się i przy­sze­dłem do zmy­słów. Proszę komendanta, aby mi do­zwolono pójść na brzeg oce­anu, do­kąd często chodzi­łem: od­po­wiada mi, że już straży nie ma, chyba każę iść za sobą: tu już więcej wierzyć zacząłem, że je­stem wolny. Uda­łem się na brzeg Oce­anu, z dawną moją strażą, gdzie mi się wszystko opatrznie wy­da­wało.

Przed każdą burzą tysiączne pokazują się stworzenia i wszystko to z bałwanami posuwa się ku brze­gom, a mnie się zda­wały w oczach różne procesje nasze, za­kony idące z krzy­żami, niby mnie spoty­ka­jąc; sze­dłem na­prze­ciwko nich do mo­rza ale mnie wstrzy­mano, gdyż by­łem pomie­szany.

Za powrotem do mojego mieszkania ledwo się mogłem przecisnąć dla natłoku męż­czyzn i kobiet, któ­rym wprzódy nie wolno było się znajdować się u mnie. Każda z kobiet przyniosła jakiś prezent; różne ja­gody, ryby, ptactwa z uprzej­mo­ścią ofiaro­wali. Na sto­liku moim ka­miennym znalazłem flaszkę araku, do czte­rech funtów głowę cukru i świec ma­łych wosko­wych pę­czek: ten pre­zent zro­bił mi ku­piec z okrętu. Wtem mój go­spodarz donosi, że idzie ta­meczny ewangeli­sta, ksiądz, w ubio­rze kościelnym z ewangelią i ze świtą śpiewa­ków. Jest bo­wiem w całej Rosji zwy­czaj, że z na­bożeń­stwem przycho­dzą do do­mów i czynią Bogu po­dzię­ko­wania, a oso­bliwie po jakim przy­padku.

Był to ksiądz wieku ośmdziesięcio-letniego, od dawna zesłany a ra­zem dla oświe­cenia i na­ucze­nia wiary dzi­kich na­ro­dów: dla majtków i oficjalistów tam przebywa­jących. Miał ów ksiądz sześciu chłopców zabra­nych na wy­spach Ekuc­kich, po­chrzcił ich i nauczył ję­zyka ro­syjskiego, z których wy­kształcili się tacy śpie­wacy, że można ich z wło­skimi po­równać.

Postrzegam, że prowadzą sędziwego księdza w kapie z ewangelią i trybularzem przed nim nie­sio­nym. Sta­ra­łem się ja też zrobić jakąś okazałość: na prędce za­pa­liłem do kil­kadziesiąt świeczek ofia­rowa­nych mi przez kupca. Miałem też ob­ra­zek pa­pierowy na ścianie, wyobra­żający Jana Chrzci­ciela, który jadąc przez kraje mo­skiewskie za kieliszek wódki u żołdaka ku­pi­łem. Wszedł do mojego mieszka­nia ksiądz z wielką asysten­cją, gdzie się znaj­dował komen­dant z okrętu przy­by­łego, mnó­stwo lu­dzi i tamecz­nych mieszkań­ców.

Najprzód śpiewał cztery razy ewangelię razem ze śpiewakami, które głosy tak zajmowały serca, że ża­den od łez wstrzy­mać się nie mógł. Ja, od maleństwa nie­skłonny do płaczu, zacząłem pra­wie ry­czeć, co mi nawet zrobiło ulgę od dusze­nia usta­wicznych spazmów. Po skończonym nabo­żeństwie pousiadali w koło i nie­prędko mogli utu­lić z żalu. Po­trzeba było wypra­wić dla nich jaką ucztę, ale nie wie­działem z czego. Wtem przychodzi mi myśl poncz pol­ski: mia­łem arak i cu­kier od kupca, na miejscu cytryn miałem kwas z jagód bruszników, z którym ryby na zimno ja­dałem, był bar­dzo gu­stowny.

Kazałem wiec poncz robić w naczyniu kamiennym, objętości trzech garncy, do którego Kamcza­dale nale­wają wielo­ry­bią tłu­stość i uży­wają za lampę. Filiżanek drewnianych ja­poń­skich miałem część swoich a resztę przy­nie­siono od ko­men­danta, u którego tam na­czynia bardzo wiele się znaj­duje. Gdy zgroma­dzeni przy ponczu sie­dzimy, dopiero za­czyna każdy przy­pomi­nać swoją oj­czyznę ze łzami; ksiądz i ko­mendant ubole­wali, że oglądać jej nie spodziewają się wcale. Ksiądz jako tam na zawsze zesłany, a ko­mendant przez dłu­gie tamże przebywa­nie od wul­kanowych dy­mów i po­wietrza długo nie wy­trzyma.

Przy owym ponczu odzywa się komendant, powiadając mi, że ja tu jeszcze lat trzy za­ba­wię; na com się zmie­szał i za­czą­łem być słab­szym. Rzekłem do komen­danta, to ja widzę zdra­dzonym sie­bie; odpowiada mi na to, że nie, bo ten okręt co tu za­szedł dla wody i drew, przyniósł wpraw­dzie rozkaz uwolnienia, lecz jutro wy­chodzi na wyspy oce­anu i do­piero z po­wro­tem za lat dwa lub trzy, jeżeli nie będzie prędzej oka­zji, zabie­rze mnie z sobą. Oświad­czył mi ra­zem, że dziś nie ma żadne spo­sob­ności żeby mnie ode­słać, zwłaszcza, że zima już nadcho­dzi. Rażony tak smutną wie­ścią, za­cząłem na nowo roz­paczać i tra­cić na­dzieję ogląda­nia ojczy­zny.

Komendant widząc mnie bardzo zmartwionego, kazał przyjść dwóm Sybillom czyli Sza­mankom i zgady­wać, jaki mnie los czeka: ja w tym czasie mając pomie­szany umysł, wie­rzyłem wszystkiemu co one prze­powia­dały.

Najprzód te Szamanki pokazały się w porze wieczornej przy świetle w najdziwniej­szych ubiorach, i usia­dły za od­dziel­nym sto­łem. Każda z nich miała białą suknie z gronosta­jów: cała suknia we frędzlach z żył, traw kolo­ro­wych, konch, różnych ro­ba­ków i wiele skórek róż­nych myszy powypy­chanych. Na gło­wie kap­tur z odartej skóry roso­maka z zę­bami, a z tyłu wil­czy ogon. Twarzy nie można było rozpoznać, bo całe były tam boro­wane podług ich zwy­czaju. Nad oczyma wi­siały frędzle z sierści jele­niej i każda z nich miała je­le­nią ło­patkę. Lampy kamienne przed nimi stały. Jedna z nich pa­liła kość nad pło­mie­niem od lampy, druga wy­bie­gała z mieszka­nia, okręcała się wkoło pa­trząc na niebo, a powró­ciwszy swoim języ­kiem opo­wia­dała swojej towa­rzyszce.

Komendant zapytał się przez tłumacza, co one widzą? Odpowia­dały mu: że okręt przy­cho­dzący i wiele lu­dzi w róż­nych kolo­rach, których już dawno nie wi­dziano. Zapytał się znowu, że chce wie­dzieć co się stanie z tym cu­dzo­ziem­cem? Jak on prędko od nas wyjedzie? Od­powiadają mu, że krótko będziem się z niego cie­szyć, po­nie­waż widzimy go stoją­cego w progu, w białej sukni z ma­nat­kami. Po tej radości i smutku kompa­nia się roze­szła a ja zo­stałem w nie­spokojno­ści.

Już sypiać zupełnie nie mogłem, cierpiałem nieustannie jakieś dła­wienia i sił wi­docznie spada­łem. W kilka dni przy­cho­dzi ko­mendant i donosi mi, że okręt an­gielski bez masztu oderwany od floty, przy­był do na­szego portu i wręcza mi de­pe­sze do prze­słania na Ir­kuck do Petersburga, do ich po­sła.

Miał komendant rozkaz surowy w takich zdarzeniach donosić to guberni irkuc­kiej, ile że Anglia na ów­czas zo­sta­wała w naj­więk­szej harmonii. Był więc komen­dant w wielkim am­ba­rasie, że nie miał okrętu do prze­sła­nia od­da­nych sobie de­pe­szy, tym bar­dziej, że zima się już zbliżała.

ROZDZIAŁ 14:   WYJAZD Z KAMCZATKI

Okręt angielski, zostawszy naprawionym odszedł w swoje przezna­czenie. Pierw­szych dni li­sto­pada, gdy brzegi oce­anu do­brze za­marzły, robi komendant wy­prawę ażardowną do Ochocka, do­kąd już kilka po­dob­nych wypraw czy­niono, lecz z tych le­dwo dwie do­szły, inne zaś dla wielkich mrozów i napadu Czuk­czów lub innych narodów dojść nie mogły.

Komendant jednak dopełniając swojego obowiązku, zaprzęga do trzystu psów i jeleni zbiera świtę zbrojną, kil­ku­na­stu tłu­ma­czów, ryb suszonych dla ludzi i psów równie jak mięsa jele­niego na trzy mie­siące przy­spo­sabia i za­marz­łymi brze­gami oce­anu wkoło tej całej ziemi, dziesięć razy dalej, nie­bez­piecz­niej i trudniej jak mo­rzem, pusz­czamy się w po­dróż. Do tej ka­ra­wany i mnie policzono za naj­więk­szą prośbą i obligacją ewan­gelisty, bo komen­dant nie chciał mnie pu­ścić, dając przy­czynę, że ża­den eu­ro­pejczyk nie zdoła tak wiel­kiego zimna wy­trzymać, a prócz tego są jesz­cze ty­siączne przypadki któ­rym ulec można.

Około 15 listopada 1796 roku, zaczęliśmy się sposobić do podróży. Komendant kazał dla mnie zrobić sanki, gdzie pu­dło uło­żone ze skór jelenich i niedźwiedzich mało się różniło od naszej ka­rety: okno mia­łem ze śluty (ka­mień tak nazy­wany). Pojazd mój był bar­dzo ciepły, ile że miałem dwa psy żywe, ko­smate, bo inaczej nie wy­trzy­małbym zimna. Do tego jesz­cze dał mi ko­mendant na drogę, kilka fla­szek kamien­nych spirytusu z traw ta­mecz­nych pędzo­nego, i to mi pomagało do cie­pła. Lubo by­łem bardzo słaby, jed­nak uda­wałem zdro­wego, bo by ko­mendant nie po­zwolił mi wy­brać się w tę podróż.

Nauczono mnie na miejscu, abym mój tytuń i różne cacka na cząstki małe poroz­dzielał i miał to w po­goto­wiu dla da­nia pre­zen­tów narodom, z kóremiby się można było spotykać. Do mojego po­wozu miałem trzy­na­ście psów za­przężo­nych, dy­szel rze­mienny bez lej­ców, jeden tylko pies przewodnik idzie w za­przęgu. Kam­czadał zwykle usiadł­szy bo­kiem na przo­dzie sań trzyma się za po­klaski, lecz mając łyżwy na nogach, mało co siedzi tylko wraz z psami leci. W ręku ma osztoł czyli kij gruby, z żelazem na końcu dla wstrzyma­nia psów i sań: gdy bowiem usiłuje psy wstrzy­mać, obraca bo­kiem sanie i ha­muje. Na wierz­chu osztoła jest wiele kółek że­la­znych i dzwonecz­ków, czego się psy naj­wię­cej boją, to służy na miej­sce ba­toga. Pies do­brany do przodko­wania tak jest zmyślny, że bie­gnąc ustawicznie się ogląda na skinie­nie i słowa Kam­cza­dała, w którą stronę ma się rzu­cić. Po­nie­waż żadnej drogi nie widać śladu więc trzymają się brze­gów ziemi jadąc po­dług kie­runku gór naj­wznio­ślej­szych a nad brze­gami Oceanu le­żą­cych, które i na­zwi­ska swe mają.

Nastąpił dzień wyjazdu, odprawione było nabożeństwo: tameczny ewangelista pobłogo­sła­wił mnie i zrobił pa­miątkę srebrną z napi­sami i wielu krzyżami w tych wyrazach: "To­bie krzyżu kłaniamy się i zmartwych­wstania dru­giego oczku­jemy". Ten upomi­nek drogi do dziś dnia u siebie konserwuję. Ów ewangelista ma­jąc pa­rafię swoją na pierw­szej sta­cji zmiany psów, gdzie mię­dzy Kamczada­łami wielu zamieszkiwało majt­ków i Syberia­nów, a których przez kilka nie był wi­dział, przy tej eks­pedycji wybrał się z nami dla stwierdze­nia chrztów i ślu­bów.

Pierwszy raz jechałem takim ekwipażem. Było w ogóle ludzi do trzydziestu a wię­cej do sta psów. Cały ten ba­gaż naj­przód był pro­wadzony z góry nad brzegi mo­rza, ile że kolo­nia zawsze wysoko nad brze­giem mo­rza stoi. Za­przę­żono potem psy na rów­nych lo­dach, aby z miejsca nie poplą­tały.

Krzyknęła razem cała świta najokropniejszym głosem i zabrząkali wszyscy swo­imi oszto­łami, u któ­rych, jak wy­żej nad­mie­niono, znaj­duje się wiele kołków i dzwon­ków. Wnosić wtedy można, z jaką szybkością psy ru­szyły: zda­wało się, że od tak prędkiej jazdy po­wie­trze głowę zrywa i cały już czło­wiek został odu­rzony. Pędzą one z całej siły aż się zmor­dują, potem już biegną już powolniej. Sa­nie i psy idą po wierz­chu zlodo­wa­ciałego śniegu, dla tego jest nie­zmier­nie lekko; po­pasu nie bywa tylko nocleg. Nim z miej­sca sa­mego ru­szą wprzódy przez dwa dni psy gło­dzą, a stanąw­szy na noclegu wy­bierają miejsca le­śne albo gdzie mo­rze wiele drzewa powyrzu­cało: tam dopiero psy wy­przężone zwinąwszy się w okręg zasy­piają, a w go­dzin dwie każdy a nich dostaje po jednej su­szo­nej rybce i tym po­karmem trwa całą porę.

Cała świta ma dość pracy, bo musi na każdym noclegu wielką w śniegach wyko­pywać jamę i się­gać aż do ziemi. Ko­pią ulice jakby do jakiego zrębu i niezmierne nakładają ognie. Wiatr tam nie do­cho­dzi, prócz mrozu wielkiego. Ja do mojej z futer ka­rety sypiać chodziłem; ubie­rając się du­belto­wie, zawsze cierpia­łem zimna naj­większe, bo byłem chory.

Jak dzień nastaje, zaprzęgają psy i puszczamy się w dalszą drogę. Szóstego dnia zbli­żyli­śmy się do pierw­szej ko­lonii ale niw mogliśmy trafić, bo mieszkania w ziemi zupełnie śnie­giem zawiało. Nie­które psy, co by­wały w tym miej­scu, po­kła­dły się i dalej iść nie chciały. Poznały, że w tych miej­scach są miesz­kańce: po­spuszczano psy, nie­które z nich za­częły szcze­kać i natych­miast odkryto kolonię, gdzie powy­chodzili Kam­czadale i my z ekwipa­żami zbliżyliśmy się. Okno czyli luft okop­cony był dy­mem, któ­rędy po drabi­nie musieli­śmy do lo­chów włazić. Ja, że by­łem chory i bardzo grubo ubrany, spusz­czono mnie na sznurach. Kobiety wszystkie okurzały nas głow­niami z dy­mem, aby­śmy im za­razy lub ospy nie przy­wieźli. Usia­dłem koło ognia i zacząłem gotować herbatę. Cu­kier lo­do­waty i kociołek mie­dziany mia­łem przywią­zany do pasa, gdyżby to za­raz ukra­dli. Ude­rzony po­wie­trzem smro­dli­wym owego mieszka­nia, za­czą­łem cier­pieć wielkie nudno­ści, wołam więc ewangeli­stę, lecz go nie było, bo po­szedł po koryta­rzach witać mieszkań­ców pra­cu­ją­cych i ba­wią­cych przy lam­pach swo­ich. Po nie­jakim czasie wraca ewange­lista do ognia i za­czy­namy pić her­batę. Po­przyno­sili za nim wiele so­boli, grono­stajów i wy­por­ków jele­nich.

Mówi wtem do mnie ewangelista, że ja, mieszkając przez lat dwa w niższej Kam­czatce, nie wie­działem o ich skar­bach, które się tam znajdują. Jakoż rozwija korę brzozową i pokazuje mi kilka grzybów suszo­nych powia­dając, że one są cu­downe, ro­sną na jednej tylko wynio­słej górze blisko wulkanu.

Uważ Panie, rzecze Ewangelista, że te futra dostałem za grzyby i oni gotowi cały mają­tek oddać gdybym ich po­sia­dał wię­cej. Te grzyby mają taką własność, że kto ich zje, wi­dzi swoją przyszłość. Ponieważ nie mogłem sy­piać, radzi mi więc, abym zjadł je­den. Wa­hałem się długo, lecz namy­śliw­szy się zjadłem po­łowę, co mi naj­mil­szy sen sprawiło. Uj­rza­łem się nagle w naj­przy­jem­niej­szych i najgu­stowniej­szych ogro­dach, wśród roz­licz­nych kwiatów, między ko­bietami ubranymi w białe suk­nie, i feto­wały mnie różnymi owo­cami i jagodami i ty­siące in­nych przyjem­ności. Spałem dwie go­dziny więcej nad mój sen zwy­czajny.

Na drugą noc namawia mnie abym zjadł całego. Ja byłem już od­ważniejszy, zja­dłem grzyb cały i w kilka mi­nut za­sną­łem. Obu­dzi­łem się w godzin kilka, niby po­słany z tam­tego świata, aby mnie ten ksiądz wy­spowia­dał. Mo­gła być pół­noc, gdy zbu­dziłem Ewan­geli­stę, który wziął stułę i mnie spo­wiadał. W godzinę za­snąłem znowu i spałem aż do dwu­dziestu czte­rech go­dzin. Nie śmiem o mo­ich w tym śnie okropnych widzeniach nadmieniać. Przez com przecho­dził i com wi­dział. Póź­niej przy­wiódł mnie ten grzyb do wiel­kiej niespo­kojno­ści i melancholii, bo temu wszystkiemu długo wie­rzyłem. Ostrze­ga­łem też mo­jego Ewan­geli­stę, co on złego robił, aby się popra­wił. Bo to wszystko widzia­łem i przy­szłość swoją: co mnie tym wię­cej czyniło niespokoj­nym a póź­niej nie­które z tych sen­nych ma­rzeń spraw­dziły się na ja­wie. Nadmie­niam tylko, że od po­wzięcia ro­zumu czyli od lat pięciu lub sze­ściu, postę­powanie całego życia w dal­szych la­tach; wszystkie osoby ja­kie tylko zna­łem w życiu i któ­rymi przyjaźń mnie łą­czyła; wszystkie za­bawy i czyn­ności z ko­lei, dzień po dniu, rok po roku, i przy­szłość na­stępną, wszystko to wi­dzia­łem przed sobą.

Po wypoczynku trzechdniowym pobłogosławił mnie Ewangelista i pożegnał się ze mną. Zrobiw­szy za­pasy żyw­no­ści dla psów i ludzi, niektóre słabsze psy po­zamie­niawszy, wzięli­śmy dwóch nowych prze­wodników i puścili­śmy się w nową po­dróż.

Przez kilkanaście dni nie widzieliśmy żadnej kolonii. Potrzeba było jechać bliski ziemi Czukczów, byliśmy w naj­więk­szej oba­wie aby się z nimi nie spotkać, co nas później nie mi­nęło, ponieważ oni zawsze napa­dają i rozbijają nie cier­piąc Sy­be­ria­nów i Mo­skali.

Mieliśmy dla nich niektóre przygotowane prezenta w tytuniu, szkieł­kach, i innych cac­kach: do tego jesz­cze mie­li­śmy tłu­ma­cza, który dobrze posiadał ich język, a mimo naj­większego pośpie­chu w jeź­dzie, nie mogli­śmy ich unik­nąć. Do trzy­dzie­stu Czukczów ja­dących na jele­niach z polo­wania, nie­którzy w czół­nach, bo taki mają zi­mowy ekwipaż, napa­dli na nas. Tłuma­czowi winniśmy ocalenie ży­cia. Ten demon­strował im na­przód; że wiozą człowieka z niewoli, który rów­nie jak i oni bił się za swoja ziemię; dziś go wraca i przy­zywa Car biały, o którym proroki im opo­wiadają, że jest bardzo skrzy­dlaty i po kilka świa­tów unosi. Mieli z sobą wiele so­boli po­przewie­szanych z mię­sem, bo w si­dłach były łowione. Przy­skoczyli naj­pierw do mojej kibitki, zdarli kaptur fu­trzany i przypatrywali się twa­rzy, którym ja zaraz przy­gotowane pre­zenta dawałem. Byli z tego bar­dzo kon­tenci i wza­jemnie wrzucili do mojego po­wozu kilka­naście soboli i trzy lisy na wpół czarne. Tak tedy niespo­dzie­wanie i szczęśliwie rozstaliśmy się z nimi, któ­rzy przed kilku laty dwie eks­pe­dycje po­słane rozbili. Wszy­scy więc Kam­cza­dale i cała świta była mi wdzięczna za swe ocalenie, a naj­więcej tłuma­czowi, któ­remu zro­bi­liśmy składkę w tytuniu i in­nych cackach.

Na każdym miejscu nocleg odbywał się pod gołym niebem, gdzie w najtęższe mrozy wypa­dało zawsze śnieg ko­pać i do­bie­rać się do ziemi dla rozłożenia ognia, o czym wyżej nad­mieniłem, mó­wiąc, ja­kim spo­so­bem psy karmią i nocle­gują.

Przybyliśmy do kolonii czyli miasteczka od kilku set domów zwa­nego Iżygińsk a za­miesz­kałego przez wielu Sy­be­ria­nów i Mo­skali.

Była tam komenda do kilkudziesiąt ludzi zbrojnych dla zasłonienia narodów przez napa­dami Czuk­czów. W tym to miej­scu spo­częli­śmy dni kilkanaście, po­nieważ byłem słaby bez nadziei ży­cia. Sła­bość moja po­więk­szyła się jesz­cze, gdy mnie z zimna do ciepłego domu wniesiono. Nie było dok­tora gdzieby się za­ra­dzić, tylko nieja­kiś stary, od­stawny żoł­nierz pu­ścił mi krew w ilości pół garnca i tym bardziej mnie osła­bił. Z owej krwi w go­dzinę zrobiła się czarna woda. Do­sta­łem najwięk­szych potów, z oczu strumie­niami woda się lała; dławienia usta­wiczne i milionowe kłucia na całym ciele. Po kil­ku­nasto­dniowym wy­poczynku mało mi się po­lepszyło; jed­nostajne sympto­mata nie ustępo­wały.

Na drugi miesiąc przybyliśmy do portu Ochocka, skądem się wprzódy ambarko­wał na okrę­cie. Byli­śmy na­pad­nieni od bu­rzy ziemnej, w której śnieg tak się kręci, że wśród dnia ciem­ność nocna na­staje. Gdyby nam przy­szło było stać kwa­drans na jed­nym miej­scu, zostaliby­śmy nieochybnie zasy­pani z całym ekwi­pa­żem; lecz my natych­miast ucie­kali­śmy pod skały lub do gę­stych borów, spie­sząc niekiedy psom na ratu­nek, aby nie pogi­nęły w śniegu; trwała ta burza blisko trzy dni. Za­brakło nam żyw­ności a jeszcze na dni kilka byliśmy od Ochocka od­legli.

Dla oszczędzenia żywności dla psów, Kamczadale byli zmuszeni zjadać psy same. Już nam przy­cho­dziło gi­nąć w tym miej­scu. Psy nie odbierając swej porcji zwyczajnej, na siłach ustawały i mię­dzy sobą się gry­zły roz­rywając słab­sze. Żad­nego fu­tra, ręka­wic ani kaptura przed nimi położyć nie można było, bo to wszystko z głodu pory­wały i zja­dały. Ja mia­łem cokol­wiek jesz­cze żywno­ści, jako to: mięso odgoto­wane jelenie, tro­chę ryb więdłych i część małą okru­szyn su­cha­rów w wo­reczku skó­rza­nym, co mi ko­mendant udzielił na drogę. Mia­łem prócz tego her­batę i trochę wódki, a ten cały mój ma­gazyn idąc spać pod głowę kła­dłem, gdyżby mi to ukra­dziono.

Wypadało nam jeszcze przebywać miejsce z całego wojażu naj­okropniejsze, przez górę bardzo wynio­słą, która Ro­sja­nie i Sybe­ria­nie nazywają Babuszka.

Właziliśmy na tę górę z niewypowiedzianą trudnością. Przez kilka­naście dni nie­raz sanie i psy w tył się co­fały. Spusz­czali­śmy się z jej wierzchołka mając u nóg niby łyżwy nabi­jane gwoździami, po­dobne do szczo­tek. Za sie­dzenie słu­żyły nam małe czó­łenka z rzemieni, a na ręku rękawice z gwoździami. Psy wy­przę­żone same się spusz­czały zla­tując kłęb­kiem tak poplą­tane, że się wstrzy­mać nie mogły. Ekwi­paże sta­czano, my zaś wszyscy zjeżdżali­śmy na owych czółen­kach. Niebez­pieczeń­stwo a ra­czej niepo­dobień­stwo było prze­prawić się przez tę górę, gdyby nie krzaki cedrów wyglą­dają­cych z pod śniegu, za które­śmy się chwytali, straciw­szy równowagę nie­wątpliwa cze­kała nas zguba.

Spuściwszy się z owej straszliwej góry spotkaliśmy Tunguzów z wielką trzodą je­leni, u któ­rych zna­leźli­śmy pod do­stat­kiem wszelkiej żywności dla siebie i psów. Tunguzowie byli nam wielce ra­dzi; zabili mło­dego je­le­nia, któ­rego ję­zyk sam go­towa­łem i był bardzo smaczny. Tu wszystkie na­rody na każdym we­selu i bie­sia­dach nim traktują i bez niego obejść się nie mogą.

Nazajutrz przybyliśmy do portu Ochocka, skąd dawniej wypłynąłem, udając się do niż­szej Kam­czatki.

ROZDZIAŁ 15:   PRZYBYCIE LĄDEM DO OCHOCKA

Znalazłem w tym miejscu tegoż samego komendanta kniazia My­szyńskiego, Je­gora Pie­trowicza, najgor­szego ty­rana, z któ­rym od­bywałem podróż na wierzcho­wych koniach z Ja­kucka do Ochocka.

Bawiłem w tym porcie dwa miesiące, dopóki nie przyszła karawana z Jakucka z różnymi re­kwi­zy­tami do okrę­tów, po­dług zwy­czaju. Ko­nie były najęte przez kup­ców Irkuckich, którym dałem kilka soboli i dwa lisy bure; za co mnie do­sta­wili na po­wrót do Jakucka.

Miałem bardzo wiele petryfikacji różnych, jedne darowane na pa­miątkę od ta­mecznych ofi­cjali­stów, dru­gie mo­jego wła­snego zbiera­nia. Miałem też suknie naj­dziwniejsze, w któ­rych Sybille od­prawują swoje ofiary; ko­szule z kiszek ryb mor­skich, suk­nie z kory, pta­ków mor­skich i kamienne ze śludy, wszystko to ko­men­dant w Ochocku odebrał. Nie­które szczątki pozostałe tych ubio­rów, jedne złoży­łem w świątyni Sy­billi w Puławach, drugie w Po­rycku w ko­lek­cji Tadeusz Czac­kiego.

Nim wyjechałem z Ochocka byłem najbardziej chory. Uformował mi się nie wie­dzieć z czego, guz niżej piersi więk­szy od doj­rza­łego jabłka. Ten guz sprawował mi największe nudy i dławienia. Dok­tora tam nie było żad­nego, któ­ryby mógł rato­wać, ale mój gospo­darz doradził mi udać się do tun­guzkich Szamanek, które więk­szą moc mają ro­bienia cudów niż kam­czac­kie.

W takiej tedy nieszczęśliwej sytuacji postradawszy zmysły, zupełnie oddałem się ich le­cze­niu. Naj­przód spro­wa­dza on dwie Sy­bille, aby mnie widziały i zadecydo­wały o mojej choro­bie. Przyszły więc dwie naj­szka­radniej­sze baby w swoich dziw­nych ubio­rach; oglą­dały mnie, dotykały się guza i od­skakiwały powia­dając, że kamcza­dal­skie Sybille przez za­zdrość na­słały na mnie swojego dia­bła i kość do morza wrzu­ciły: trudno bę­dzie go wy­pędzić, ale my go wy­pę­dzimy. Gospodarz na­ucza mnie , aby na to wszystko zezwo­lić, co one ze­chcą ro­bić. Ka­zał jednak za­płacić im wprzódy i sam został nagro­dzony.

Gospodarz był to Syberianin, w garnizonie Ochockim odstawny majtek. Usłucha­łem jego rady we wszyst­kim. Naj­przód Sy­bille przy­niosły z sobą suche cedrowe drewka i dużą ka­mienna płytę, na któ­rej rozłożyły ogień a mnie ka­zały usiąść nie­zbyt wy­soko i nie lękać się niczego. Potem zaczy­nają swoim ję­zykiem coś do ognia ga­dać, jedna z nich za­czyna peł­znąć do mnie z ryczeniem głosu niedźwie­dziego i zbliżywszy się na krok, rzuca się na mnie szar­piąc zę­bami wszystkie suk­nie aż do samego ciała, gdzie guz był uformo­wany. Zaraz potem upada na wznak, zo­staje jakby w kon­wul­sjach i do rozpalo­nego ognia toczy się. Go­spodarz w tym momencie ostrzega, abym pa­trzał na jej gębę. Jakoż po­strzegam, że ma kręcą­cego się w zębach du­żego czarnego ro­baka, i powiada mi go­spodarz: wi­dzisz panie, że do­była diabła. Druga jej to­wa­rzyszka wy­rwała z gęby i na stos rzu­ciła, poczym za­częły niezmier­nie cieszyć się i skakać, że otrzymały zwycię­stwo.

Wziąwszy swą zapłatę odeszły. Gdy mnie odurzali owem kuglar­stwem, zdawało mi się przez ima­ginację, że czuję ja­kieś ulżenie, lecz nazajutrz wróciłem do daw­nego stanu. Uda­liśmy się w dalszą podróż do Ja­kucka z powraca­ją­cym trans­por­tem: popasy i noc­legi odby­waliśmy sposo­bem pierw­szej drogi.

Droga nie była mylna, bo końskimi kopytami usłana; gdyż od cza­sów niepamięt­nych ka­ra­wana tędy prze­cho­dząc, usta­wicz­nie wiele koni utraca pod ciężarem i od samychże niedź­wiedzi.

Stanęliśmy w Jakucku, skąd niedługo do Irkucka ruszyłem. Prowa­dza do tego miasta dwie drogi. Kupcy z więk­szymi cię­żary różnych futer i zdobyczy, płyną rzeką Leną na­przeciw wody i zaledwie na dzień mil cztery ujść mogą; tak nie­zmiernie jest by­stra.

Inna droga po nad brzegami rzeki jest poczta konna.

Kilka dni jechałem wodą, ale znudziwszy się do ostatka i będąc osłabiony, wzią­łem pocztę konną. Mia­łem wszel­kie wy­gody po sta­cjach, gdzie posłani na zsyłkę koloniści byli osa­dzeni. Żyją oni ry­bami, sieją też ja­rzyny i ogrod­niny, biją zwie­rza i tym opła­cają po­datek skarbowy. Za brzegami Leny żadnych nie ma osad, tylko kra­ina bez­ludna i dzika, gdzie same naj­wynio­ślejsze skały i prze­pa­ści, niskimi bo­rami poza­ra­stałe. Tu jed­nak natura jest dziwnie piękna. Ja­dąc albo­wiem nad brzegami Leny, wi­dać formujące się z wynio­słych brzegów kamien­nych różne pi­ra­midy jakby mia­sta ja­kie, których sytu­acja co ćwierć mili się zmienia. Ty­siączne kaskady z gór spadają do rzeki; kamienie świecą się ponad brze­gami Leny. W prze­jeździe moim do Kamczatki nie były mi te ko­lo­nie i narody znajome, ponie­waż rzeką byłem wie­ziony.

Na każdej stacji koloniści byli gościnni, nie wymagali zapłaty za żywność i za inne usługi. Opusz­czając ja­kie miej­sce mia­łem zaw­sze konwój i każdy mi zaw­sze opo­wiadał o swoich awanturach. Znalazłem bar­dzo wielu niewin­nych, po­dług ich opowia­dania. Było między nimi różnego stanu lu­dzi.

O trzysta wiorst od Irkucka spotkałem dzikie ludy, których zowią: Brackie narody i te mnie dosta­wiły końmi w powo­zach do Ir­kucka.

Te narody są liczne, maja wiele koni i bydła; z całym swoim tabo­rem wynoszą się na zimę do la­sów i tam prze­miesz­kują. Na lato zaś dla paszy bydła wracają na płaszczyzny koło Ir­kucka le­żące.

Cały ten naród na jednym prawie rozkłada się miejscu i do dwóch mil zajmuje ziemi. Robią do­cze­sne z ziemi le­pianki, co z da­leka wygląda jak najogromniejsze miasto. Nad każdym niemal mieszka­niem są po­wywie­szane skóry jelenie na bar­dzo dłu­gich żer­dziach, co zna­czy ofiarę dla Bo­gów. Ubiory tych ludów są dzi­waczne, ze skór i jele­nich i końskich. Fi­zjo­nomie naj­straszniej­sze, twarze oliw­ko­wate i szerokie; re­ligia po­gańska; sza­manki czyli sy­bille i u nich są w mo­dzie. Roli nie upra­wiają, chociaż zie­mia jest żyzna w oko­li­cach Ir­kucka. Żyją mięsem, mle­kiem koni i bydląt. Opłacają poda­tek czę­ścią w pie­niądzach, czę­ścią w fu­trach, które za sprzedaż koni i by­dła do­stają.

ROZDZIAŁ 16:   POWRÓT DO IRKUCKA

Gdym wjeżdżał do Irkucka na rogatkach wzięto mój paszport i ka­zano czekać: a że by­łem w ubio­rze Kam­czac­kim lud za­czął się gromadzić, dla przypatrzenia się temu ubio­rowi. W godzinę ko­men­dant przyjechał, za­brał mnie z sobą i od­wiózł do wy­znaczonej kwatery sto­sownie do rangi.

Chciał, abym się zaraz udał do Jenerał-Gubernatora; odprosiłem się atoli, że strasznie zdrożony i chory je­stem a nie mam się w czym prezentować, prócz tego dzikiego stroju. Zabawiwszy komen­dant kilka mi­nut zo­stawił mnie na kwa­te­rze i sam odje­chał.

Był to dom kupca, który postrzegłszy u mnie sobole, gronostaje i inne futra, na­tychmiast kazał przynieść sukna sza­racz­ko­wego, które jest tam niezmiernie dro­gie, przy tym bieli­zny i inne rzeczy do ubrania się.

Trzeciego dnia już cokolwiek wypocząłem i po europejsku byłem ubrany, a starą garde­robę ka­za­łem wy­nieść na dach do prze­susze­nia, co sprowadzało tłumy cie­kawego ludu. Tegoż dnia ko­men­dant przyje­chał i za­wiózł mnie do Jene­rał-Guber­na­tora, do­kąd dojeż­dżając spo­strzegłem ogromny dom drewniany i do dwóch set lu­dzi wartę. W sa­mym Ir­kucku trzy pułki utrzymują oprócz jazdy, po­nie­waż okolice pełne są rozmaitej hordy. Gra­nica Chiń­ska jest w po­bliżu, a prócz tego wiele nie­wol­ników z róż­nych narodów i róż­nego stanu od dawna tam za­miesz­kało. Miasto jest bardzo roz­rzu­cone: domów liczą do czterech ty­sięcy, z tych kilka­dzie­siąt mu­ro­wa­nych i kilka cerkwi ar­chitek­turą chińska, ta­tar­ską i ruską zabudowa­nych.

Komendant wprowadził mnie na salę obszerną, gdzie postrzegłem kilku ordero­wych je­ne­rałów sto­jących nie­śmiało i po­kor­nie, gdyż potrzeba wiedzieć, że ta­meczny Jenerał-Guber­nator ma jus gla­dii.

Gdy mu doniesiono o moim przybyciu, wyszedł do mnie, a wziąw­szy za rękę po­prowa­dził do swo­jego ga­bi­netu, po­sa­dził koło siebie i zaczął prezentować mnie, przybyłemu w tym dniu z Pe­ters­burga od Pawła Jene­rałowi Su­mo­wowi, który był przysłany do prze­glądu ta­mecznych wojsk, i tenże jenerał przed moim wyjazdem wiele rzeczy dla mnie po­chlebnych na­ga­dał.

Zaczyna do mnie jenerał Sumów mówić, że się zna ze mną tylko przez huk broni i dym pro­chowy. Wtem Je­ne­rał-Gu­ber­na­tor bierze mnie za rękę powiada­jąc: sły­szałem, że byłeś dobrze położony u Kościuszki; tym bli­żej proszę koło mnie sie­dzieć, ja ta­kich ludzi ko­cham, którzy gorliwi dla swojej oj­czyzny. Dodał jesz­cze te słowa: ja kraj polski i wielu bardzo Pola­ków znam, bom lat kilka w Pol­sce konsy­stował po róż­nych prowin­cjach. Mówił zaś bardzo do­brze języ­kiem polskim. Był to czło­wiek bar­dzo uczciwy, sprawie­dliwy i moralny, co mu cała po­wszech­ność przy­znawała. Był on ro­dem Ha­no­werczyk, na­zywał się Krzysztof An­drejewicz Tre­iden.

Pomimo wielkiej surowości Pawła, on do tysiąca nieszczęśliwych utrzymywał w Ir­kucku, któ­rzy po­dług ukazu po­winni być na­tych­miast rozwiezieni po różnych miej­scach: jedni na osady, drudzy do kopalń, inni do za­mknię­cia po cytade­lach. Pod­czas mo­jej bytności w Ir­kucku, wielki był napływ lud­ności dla przyby­łych z Rosji osób, jako to żony z mę­żami, dzieci za ro­dzicami, przy­jaciele i słudzy. Oni tu wszyscy zmie­rzali wiedząc, że to miejsce jest por­tem dla nie­szczęśli­wych wy­gnań­ców przez Pawła Pierw­szego.

Jenerał Sumów, przybyły z Petersburga, wziął mnie z sobą pew­nego wieczora i zawiózł do Ko­men­danta na ko­la­cję. Był to dzień imienin żony jego, która nale­żała do dworu Im­perato­rowej, a on sam z gwardii: oboje lu­dzie bar­dzo mo­ralni.

Przybywszy do jego domu, zastałem stół ubrany na osób kilkadzie­siąt, drzewami chiń­skimi ozdo­biony. De­ser z róż­nych ba­ka­liów i fruktów chińskich. Kolacja była od samych galaret, zwie­rzyny, ryb najprzed­niej­szych i lo­dów.

Zasiadali ten stół sami nieszczęśliwi: różnych rang osoby, kobiet bardzo wiele pięknych i dystyn­go­wa­nych, lecz w po­staci naj­smut­niejszej, które za mężami po­przyjeżdżały.

W tym mieście bawiłem dni kilkanaście, gdzie trzeciego dnia po przybyciu, oddał mi wi­zytę gu­ber­ski ka­zna­czej do­po­mi­na­jąc się o zwrot rocznej pensji niewolni­czej. Miał bo­wiem roz­kaz wypła­cić z góry na lat dwa ja­dą­cemu w prze­zna­czenie moje, po­nieważ tam dalej żadne pieniądze nie kursują, za co nakupo­wano dla mnie su­charów, krup, tytu­niu etc. a co wszystko gdy się okręt rozbijał w ni­wecz poszło, prócz jednego tytu­niu, któ­remu nic nie szkodziło. Po­wiada mi więc, że od mo­mentu uwol­nienia mojego zakoń­czyła się gaża: nie­szczę­ściem moim, że w rok dopiero do­szła wia­do­mość uwol­nie­nia, a pie­niądze skar­bowe za rok po­trzeba wrócić. Rzekłem mu na to: W.Pan widzisz, że żad­nego nie mam spo­sobu ani tego opłacić ani za co do kraju dostać się. Po tej wizycie od­je­chał, za­czynam być nie­spokoj­nym i rozpa­czać; w której to naj­smutniej­szej roz­wa­dze przy­chodzi So­wiet­nik, który był kapitanem spraw­nym w Ja­kucku, w czasie gdym był wie­ziony do Kam­czatki. Ów So­wietnik kilka razy mnie za­praszał do domu swo­jego, gdzie z komen­dantem bywałem. Czło­wiek bar­dzo uczciwy i bogaty w futra, na­zwi­skiem Anton Sciepano­wicz Hornowski, z krajów Pol­skich daw­niej zabra­nych, i ten dał mi sposób do­stania się do swojej oj­czy­zny.

Najprzód zapłaci pretensję Kaznaczejowi, za to żem rok dłużej sie­dział w niższej Kam­czatce po wyszłym uka­zie; za cztery ty­siące wiorst do Tobolska na cztery ko­nie dał mi futro, część pieniędzy i zapasy do ży­cia, co to wszystko uczy­niło ru­bli asy­gna­cyjnych pięć­set. Tenże sowietnik Hornow­ski kazał dać kartę na te pie­nią­dze wexlową ku­piecką i ode­słał ją do Pe­ters­burga bratu swojemu, puł­kowni­kowi odstawnemu tam miesz­kają­cemu.

Gdy w lat sześć po przybyciu do kraju byłem w Petersburgu dla od­zyskania ma­jątku spa­dającego na mnie, tenże pod­puł­kownik przy­chodzi do mnie z policją, składa wexel i każe płacić sobie alte­rum tan­tum; gdyż prawo wexlowe w pięć lat za nie­opłacenie po­zwala tyle zyskiwać. Wtedy to by­łem naj­bardziej zaam­baraso­wany, nie mając spo­sobno­ści wy­pła­ce­nia owego długu. Na szczęcie moje zna­lazł się przyja­ciel, który za mnie za­płacił, pułkownik były wojsk Pol­skich Tade­usz Widzki. Tenże dał mi więcej dowo­dów swojej przy­jaźni w inte­re­sach moich, i nie mogę zamilczeć przez wdzięcz­ność.

ROZDZIAŁ 17:   POWRÓT DO TOBOLSKA

Mając tedy zapłacone konie i inne zapasy, pożegnawszy się z nie­którymi oso­bami, ru­szy­łem w dal­szą po­dróż do To­bol­ska. Je­den z tamecznych obywateli dał człowieka, abym go zawiózł do miasta Moskwy. Z któ­rym mia­łem wielki am­ba­ras i nie­szczęście. Był to pi­jak w najwyższym stop­niu, na kilku stacjach na­ma­wiał zwosz­czyka, aby mnie mogli za­bić. Ja bę­dąc ostrzeżony a nie mając in­nego spo­sobu pozby­cia się tego hultaja, na jednej stacji upoiwszy go wódką, gdy za­snął porzu­ci­łem go i już byłem sam jeden bez sługi aż do To­bolska. Rzadko gdzie na stacjach noco­wałem, bo gdy do ciepłego domu z zimna wsze­dłem, spazmy moje powięk­szały się. Miałem dość dużą swoją własną ki­bitkę, dwa wory wy­pchane mchem i koł­dry ciepłe jelenie.

Do trzech tysięcy wiorst od Irkucka do Tobolska trzeba iść samymi lasami bło­tami. Mo­sty są wciąż kła­dzione z drzewa krą­głego; trzęsło nie do wytrzymania. Później wyjecha­łem na wielką płaszczy­znę, co zo­wią Bara­biń­skim ste­pem. Po­zy­cja i wi­doki są nie­po­równanej pięk­ności; ziemia bardzo ży­zna, całkiem pra­wie okryte trawą czer­woną i solą białą, która wystę­puje z ziemi. Kolonie rzadkie, ale bar­dzo bogate, z ludzi na zsyłkę po­sła­nych i tam roz­mno­żonych; je­ziora niezli­czone i rzeki bar­dzo rybne; wkoło je­zior to­pole jak gdyby ręką ludzką zasa­dzone; kwia­tów i traw bardzo wiele pach­ną­cych. Je­ziora te są na­peł­nione róż­nego ga­tunku ptac­twem: najwię­cej jed­nak znaj­duje się pe­wien rodzaj z wiel­kości po­do­bien do na­szych ła­będzi: są to ptaki czarne, pstre z du­żymi gar­dłami. Pły­wają w jednej linii niezmier­nymi sta­dami, a poczepiaw­szy swe nogi, pę­dzą ryby do brzegu, poczym bijąc skrzy­dłami i wrzeszcząc, wypę­dzone ryby połykają. Cza­jek białych także mnóstwo, że przela­tu­jąc z dnia noc robią. Ich skrzydła są osobliwej wiel­kości: zo­wią te czajki siedmio­sąż­niowe, ale ja nie znalazłem nad dwa sążnie dłu­gości.

Na tej pozycji widać wzgórki bardzo wyniosłe, drzewami od natury przyozdo­bione. Gdzie­niegdzie są groby, w któ­rych zna­chodzą wiel­kie kawały kości sło­niowej; po­sągi ro­bione na podobieństwo czło­wieka i wiele bar­dzo wojen­nego róż­nego żela­stwa, ale nikt nie wie z ta­mecznych o żadnej tra­dycji.

Przybyłem do Tobolska, gdzie mnie u rogatek zatrzymano, wzięto paszport i wpół go­dziny podług mej rangi wy­zna­czono kwa­terę. Dałem dwa piętaki żołnie­rzowi od policji, aby mi wy­znaczył kwa­terę prywatna kapral­ską, gdyż zupeł­nie w mojej cho­robie i więzie­niu od­wykłem od tumultu ludzi. Był to dom szewca, na dole sam miesz­kał, a na górze bardzo po­rządny pokój cały w obra­zach i przed ob­razem Matki Boskiej dzień i noc pa­liła się lampa. Gdy wszedłem z zimna do domu cie­płego, do­sta­łem nadzwy­czajnych spa­zmów od­chodząc od przytomno­ści. W tym pomieszcze­niu przycho­dzi mi na myśl, że tu dobrze umierać: wołam więc gospo­da­rza, daję mu pięć rubli asygna­cyjnych, kładę się w oczach jego na wznak, zło­ży­łem ręce po­wiadając: bie­gaj po Popów, gdyż ja konam.

Gospodarz przestraszony i niezbyt rozumny, oznajmił Popom, że ma w domu niebosz­czyka. W pół go­dziny przy­szło trzech Po­pów z asystencją, w kapach, z trybularzem i Ewangelią. Tymcza­sem, nim Popi nadeszli, spazmy się umniej­szyły, lecz po­zosta­łem w mojej pozycji. Wchodząc do kwa­tery, zaczęli śpie­wać, pytając się gdzie jest nie­bosz­czyk? Usły­szawszy to, wstaje i mó­wię, że ja je­stem. Prosi­łem ich, aby mi prześpiewali Ewan­gelię, poczym za­cząłem płakać i polep­szyło mi się. Po­często­wałem Popów her­batą z ara­kiem i ode­szli.

Znajdowało się w tym mieście kilku Polaków posłanych przez Pawła: Kondrato­wicz, Gra­bowski, Pażdzier­ski z Li­twy i kilku z Wo­łynia. Odwiedzili mnie, bo im było wolno wszędzie chodzić, byleby na noc do swo­ich miejsc wra­cali. Był wów­czas Gu­ber­nato­rem Ko­szelow; człowiek osobliwszej do­broci i moral­ności. Co dzień przez kilka dni bywa­łem na obia­dach u niego, poży­czył mi rubli asygna­cyj­nych 300, bo już nie mia­łem żad­nego za­pasu, a które za przy­byciem do oj­czy­zny z naj­większą wdzięcznością ode­słałem. Po­że­gnawszy mo­ich roda­ków i do­stawszy od nich kozac­kiego chłopca, z którego miałem wielką pomoc w dro­dze, i który przez ośm lat mi służył, udałem się w dal­szą podróż.

 

Opisanie Tobolska:

Miasto w którem liczą do czterech tysięcy domów, kilka cerkwi mu­rowanych i za­mek opa­sany wa­łami na wy­nio­słem miej­scu, ale to wszystko rudera, zniszczone przez Puha­czowa. Rządcą jest Gu­bernator i wszelkie magi­stra­tury, ja­kie są w Ro­sji, tu znajdują się. Biskup na czele Duchowień­stwa; kupców bardzo wiele, lecz to­wary or­dyna­ryjne któ­rymi han­dlują: my­dło, żela­stwa, różne galanteryje, płó­cienka, łoje i ubiory dla tamecz­nych różnych miesz­kań­ców. Naj­wię­cej prze­bywa tam naro­dów ta­tarskich, Moskali i wielu po­osadza­nych na zsyłkę.

Wszystkie ulice mają mosty, a domy drewniane stoją na bardzo wysokich pa­lach, dla tego, że dwie rzeki ogromne To­boła i Ir­tysz koło samego miasta płyną. Za wezbraniem wody wszystkie ulice za­lewają, i domy naj­bliższe zno­szą. W okoli­cach To­bol­ska za­mieszkały na­rody różnych Ta­tarów, któ­rzy uprawiają zie­mię, żyta mało sieją, najwię­cej ja­rzyny. Frukta tu żadne nie ro­dzą się dla zimna wielkiego. W tym mie­ście mieszka także wiele osób dystyn­gowanych z fami­liami, któ­rzy wy­gnani są raz na zawsze. Nie zo­stają atoli pod żadną strażą: niektó­rzy są obróceni do robót, inni zaś sie­dzą zamknięci pod se­kretem, o któ­rych tylko wie Guber­nator i ko­mendant.

Ci tedy są najnieszczęśliwsi, bo nie widzą światłą dziennego, ani towarzystwa lu­dzi. Im da­lej w głąb Sy­be­rii, tym więk­sza sub­or­dyna­cja i kary dla występców. Ko­mendanci tam są boż­kami, bo w ich ręku życie bez dal­sze ape­la­cji. Oby­wa­teli zaś żad­nych nie ma, tylko sama horda, ciemni Mo­skale i niewolnicy.

Przez wiele bardzo koloni jechałem do Kazania: zaludnione są nie­wolnikami po­słanymi na zsyłkę. Dotąd jesz­cze zo­stają ślady Puha­czewa; na każdym albo­wiem miejscu widać stosy armat żela­znych i różnego rynsz­tunku wo­jen­nego. Wszy­stek lud ta­meczny był za nim. Gdyby się był potrafił dostać do Moskwy, Pań­stwo Ro­syjskie byłoby za­chwiane; ale zdra­dzony w końcu od swoich fa­wo­ry­tów, zo­stał wy­dany Jene­rałowi Michelso­nowi. Wiele on bar­dzo szlachty i Pa­nów okrutną śmier­cią pomordo­wał. Przeszło trzykroć sto ty­sięcy miał ze sobą róż­nego tłumu, i to za nim jak obłok su­nęło się, a mia­sta i zamki podda­wały się wno­sząc mu wszystkie skarby. Księża z mon­stran­cjami wszę­dzie go wi­tali, przy­znając go za Piotra II, cho­ciaż był tylko Koza­kiem.

Blisko Kazanu znajdują się fabryki miedziane i żelazne, z których naczynia najwy­bor­niejsze że­lazo naj­lep­sze po całej Ro­sji roz­chodzi się.

Najznaczniejsza kolonia ponad rzeką Wołgą jest Wasilow Ostrow, którędy prze­jeżdża­łem i dwa dni bawi­łem. Składa się ona z kilku set domów bardzo porząd­nych. Miesz­kańcy ta­meczni są dość bo­gaci. Kolo­nia ta nale­żała do Carewi­cza Gruzi­nów, który sam w tym miej­scu mieszkał, mając naj­pyszniejsze pałace i naj­gu­stowniej­sze ogrody. Było to niegdyś pań­stwo od­dzielne, ale Moskwa je podbiła i familię znaczną wytę­piła.

Ten ostatni szczątek siedzi w domu; nie był w służbie wojskowej, bo trochę ułomny. Żyje prawie po kró­lew­sku, lu­dzi trzyma mnóstwo koło siebie i poddani jego bardzo są szczę­śliwi.

Gdy nocowałem w tej koloni, nazajutrz przyszedł Marszałek dworu prosząc mnie na obiad. Po­sze­dłem w po­rze zwy­czaj­nej, gdzie za­stałem gospodarza bardzo grzecznego i uprzej­mego dla mnie; ko­biet bardzo wiele pięk­nych i w naj­pierw­szym gu­ście ubra­nych; stół bar­dzo pyszny w de­kora­cjach; fruktów najprzed­niej­szych mnó­stwo; wina naj­wybor­niejsze i co tylko w najpierw­szym domu znaleźć się może. Przepędzi­łem u niego pra­wie dzień cały opo­wiada­jąc mu o moim wo­jażu i mapę moją pre­zentowałem, o którą pro­sił aby u niego dla przepa­trzenia została do dnia następ­nego. Po­że­gnaw­szy się z nim, od­szedłem. Na­zajutrz ode­słał mi mapę i przysłał wielką krabę różnych żyw­no­ści i wina. Tak zaopatrzony, ruszy­łem w dal­szą po­dróż do Mo­skwy. Książe ten Gru­zinów na przejazd Pawła kazał zrobić most kosz­towny na dwie mile, któ­rym Paweł nie chciał je­chać nie bę­dąc kontent z osoby.

ROZDZIAŁ 18:   POWRÓT DO OJCZYZNY

Dzień i noc jadąc sankami stanąłem w Moskwie. Na ostatniej stacji spytawszy się zwosz­czyka do jakich oni do­mów za­wożą pierwszych pasażerów, zainformo­wał mnie, że dwa domy są najpierw­sze w Moskwie: jeden hotel Stambul­ski, drugi Fran­cu­ski. Kazałem mu prosto jechać do Francu­skiego. Wszedłszy na ku­rytarze aparta­men­tów, wpadłem w oczy sa­mejże go­spo­dyni, wię­cej dla moich ubiorów ja­kie miałem na sobie. Pro­si­łem jej o pokój jeden, który mi na­tychmiast wy­zna­czyła, ciepły i bardzo po­rządny, powiada­jąc, że to kosz­to­wać będzie ze stołem, pora jedna, rubli pięć asygnacyj­nych. Nie zosta­wało u mnie ca­łego za­pasu nad piętna­ście rubli asygna­cyjnych, myśla­łem zawsze, że w ta­kim wielkim mieście znajdę ko­goś co mi po­ży­czy.

Gospodyni wzięła ode mnie paszport i wypytywała się o mojej histo­rii, co też w krótkości opowie­działem. Na­za­jutrz od­wie­dziła mnie znowu z ostrzeżeniem, abym się chronił wszel­kiej konwersa­cji z kimkolwiek, co by do mnie przy­szedł a szcze­gólniej, abym się wy­strzegał Polaków, co nie­zmier­nie duszę moją prze­ra­ziło.

Kiedym widział tak poczciwą Francuzkę, zwierzyłem się, że jestem bez zapasu żadnego pienię­dzy: odpo­wiada mi na to; że do­póki za­bawię nic mnie kosztować nie będzie, i daje mi sto rubli asygna­cyj­nych. Dzię­kuję jej uprzejmie, a chcąc wie­dzieć o do­broczyńcy i komu mam być wdzięcz­nym pytam o jej imię, lecz od­po­wie­działa, że tego wie­dzieć nie mogę.

Na trzeci dzień kazano mi stawić się stawić do policji, gdzie prezy­dował Jenerał Kawe­ryn. Ten wziąwszy mnie w swój po­jazd zawiózł do Jenerała-Gubernatora Xięcia Sołty­kowa, z pod którego ja ko­mendy wy­sze­dłem z Ukrainy z bry­gadą. Mó­wił do mnie po pol­sku z naj­większą grzeczno­ścią. Czynił mi też wy­mówki przed wszyst­kimi tam bę­dą­cymi jenera­łami, że on za mnie bardzo był prze­śla­dowany od Kata­rzyny II, iż do­puścił woj­skom polskim zro­bić za­miesza­nie i prze­bić się przez całą ich armię: bo za moim przy­kładem wy­szły jesz­cze dwie bry­gady, Łaźniń­skiego przez Dniepr i Wo­łoszczyznę, Wyż­kow­skiego tą drogą któ­rędy ja szedłem, i pułk konny lekkiej kawale­rii.

Książę Sołtykow prosił mnie na obiad i pozwolił dni kilka w Moskwie zabawić.

Po upływie tego czasu pożegnałem zacną i szanowną Francuzkę i przedsięwzią­łem dal­szą mą po­dróż do kraju. Wi­dzia­łem też w Mo­skwie jenerała naszego Nie­siołowskiego, który był posłany przez Pawła, będąc oskarżonym od Mo­skalów za zbytni zapał do swojej ojczyzny.

Miejsca znaczniejsze mi pokazano, miasta samego nie opisuję, gdyż wszystkim jest prawie naj­le­piej znane.

Skąd przez Ruś, Mińsk przybyłem do Wilna i zajechałem prosto do domu pocz­towego. Go­spo­darz po­znaw­szy mnie, skrył za pa­rawan ostrzegając, że ludzie się będą skupiać, ponie­waż byłem w sukni kam­czackiej zimo­wej, bo innego fu­tra nie miałem.

Bawiłem w Wilnie dwa miesiące, aż nadszedł rozkaz Pawła I, żeby wszystkich cu­dzo­ziem­ców z kraju wy­pę­dzić. Było to po­wie­dziane do francuskich emigran­tów, i księży tra­pistów. Ja, żem się po­dał w pasz­por­cie jako miesz­ka­niec Gali­cji, by­łem równie wzięty za cudzo­ziemca i z konwojem ode­słany na Wołyń do Uści­ługa nad rzeką Bugiem do kor­donu, gdzie wów­czas stał z woj­skiem Jenerał Gu­bernator Podolski Gudo­wicz. Ten mnie zatrzy­mał mó­wiąc, że tak złośliwych ludzi nie wy­pusz­czają za granicę: musi to być omyłka, więc uczy­nię ra­port do Monar­chy, czy mo­żesz z kraju wyje­chać; pro­siłem go, aby moją prośbę do Monar­chy przyłą­czył, na co chęt­nie zezwolił a mnie kazał mieszkać w mieście Dubnie za inspek­cją niż­szego sądu, abym się nigdzie nie oddalał do­póki nie nadejdzie re­zo­lu­cja z Peters­burga.

W tym czasie przybywszy do tegoż miasta Tadeusz Czacki starosta Nowo­grodzki, zarę­czywszy Sąd niż­szy wziął mnie do sie­bie. Dom ten zacny i po­ważny, w któ­rym znala­złem wiele osób po­waż­nych i uczo­nych. Sama z Dem­biń­skich Czacka naj­mo­ral­niejsza i najpięk­niejsza osoba, a przy tym dobra Polka. To miejsce było mi rajem, bo tak ser­decznie i czule by­łem przyjmo­wany, że nigdy o nich bez wdzięczności wspominać nie mogę.

Wyrobił dla mnie Tadeusz Czacki w komisji Warszawskiej od trzech dworów wy­znaczo­nej do ob­li­kwido­wa­nia dłu­gów kró­lew­skich, za rangę brygadjera podług re­konesansu zapłatę. Byłem mu najwdzięczniej­szy za jego sta­ranie, ale pie­nię­dzy brać nie odważy­łem się za sto­pień krwią i za­słu­gami nabyty, chociaż nie mia­łem żad­nego funduszu do utrzy­ma­nia mojej exy­stencji, cze­kając po­wrotu oj­czyzny. Pragnąłem poka­zać przez to ro­dakom moim, że nie­szczęście i ubó­stwo nie po­winno odmieniać spo­sobu myślenia, zwłaszcza, że widzia­łem wielu obok siebie nie­szczęśli­wych z upadku ojczyzny.

Później bawiłem w domu Alexandra Chodkiewicza, dobrego Polaka i moralnego czło­wieka. Tam spędziw­szy czas nieja­kiś, mia­łem szczęście być za przyjaciela przy jego związku mał­żeńskim z Wa­lew­ską, woje­wo­dzianką Sie­radzką. Osoba młoda, piękna, ta­lentów wiele po­siadająca. Razem z siostrą swoją Bierzyń­ską ofia­rowały mi naj­przy­jem­niejszy park w le­sie Czar­nym, óśm włók ziemi, z sadem fruk­towym, mieszka­niem i ca­łym gospodar­stwem, gdzie przez lat kilka prze­by­wa­łem. Już to było po śmierci Pawła I, więc mo­głem wy­jeż­dżać za granicę do wód, skąd znowu wracałem do mego lu­bego sie­dli­ska. Póź­niej przy­było do mnie kilku moich żoł­nierzy ranio­nych, któ­rych zna­łem z od­wagi i przy­wią­zania. Przytuliłem onych do sie­bie, przezna­czywszy jed­nych do roli, dru­gich do sa­dzenia drzew z którymi i sam praco­wa­łem, innych do go­spodar­stwa wnętrz­nego a nie­których do utrzymania straży domo­wej, gdyż to miejsce było w lesie od wsi i wiosek odda­lone.

Przebywszy w samotności i smutku po utracie ojczyzny lat kilka, zapędziłem się do Pe­ters­burga dla doj­ścia suk­cesji len­nej na mnie spadającej po moim krew­nym. Lecz nic pomyśl­nego nie wskó­raw­szy, straci­łem na koszta podjęte moją przy­jemna pu­stynię i powró­ciłem do kraju gdzie później zo­stałem zło­żony dwu­letnią cho­robą.

 

Roku 1810 w Marcu

Mieszkałem czas niejaki przy moim krewnym u którego mi na ni­czym nie zby­wało, przy chorążym Litew­skim, To­ma­szu Wawrzec­kim, znajomym krajowi z cnót i gor­liwości dla oj­czyzny. Był on wy­brany po Ko­ściuszce na­czelni­kiem na­rodu: te­raz czynny jest dla kil­ku­dziesiąt opiek i dla nie­szczę­śliwych. Imperator Alexander I, wy­brał go do nowej magi­stra­tury, dla obli­kwi­do­wania w kilku guber­niach izb skar­bowych, względem weszłych fundu­szów tak pojezu­ic­kich, jako obywatel­skich po­dat­ków od ostatniego zaboru Pol­ski.

Po zawarciu Tylżyckiego pokoju, opuściwszy Litwę dążyłem ku Ukrainie, licząc w tam­tych stro­nach dom przyja­ciel­ski za mój wła­sny, gdzie postanowiłem w zaci­szu i życiu prywatnym oczeki­wać jesz­cze powrotu oj­czyzny i cie­szyć się tą na­dzieją, która już tyle razy zawodziła.

Przejeżdżając przez Nieśwież którędy trakt mi wypadał, na moje szczęście książe ordy­nat Domi­nik Ra­dzi­wiłł do­wie­dział się o mnie i zaprosił do swojego domu z największą uprzej­mością. Jako dobry Polak, mając czułe i dobre serce, ofiaro­wał mi fol­wark, który musia­łem przyjąć i dziś utrzy­muję się z niego. Mu­szę od­dać Księciu tę sprawie­dli­wość znając go z bli­ska, że dla ojczyzny majątku i życia nie szczędzi.

Obywatel zaś na Ukrainie do którego jechałem, nazwiskiem Tade­usz Pawsza, zo­stał wy­gnańcem i po­stra­dał cały ma­ją­tek. Jego żona, najzacniejsza osoba z domu Lubań­ska, tyle czyniła wydat­ków i tyle po­kazała za­pału w rato­wa­niu oj­czy­zny, ile prawie ża­den z ta­mecz­nych obywateli. Ko­biecie tak wysokimi ta­lentami i przy­mio­tami duszy ozdo­bio­nej, wszystko się uda­wało.

                                     KONIEC

 

           do Czytaj!