Flieder von Bumerang
– Ich melde gehorsam,
Kompanieordonnanz Szwejk prosi o dalsze rozkazy. Posłusznie melduję panie
oberlejtnant, że już pana szukałem w wagonie sztabowym.
– Słuchajcie, Szwejku – rzekł
porucznik Lukasz tonem zdecydowanie wrogim i odpychającym. – Wiecie kim
jesteście i jak was nazwałem ?
– Posłusznie melduję, panie
oberlejtnant, że o takiej rzeczy nie zapomniałem, bo nie jestem znowuż taki jak
niejaki jednoroczny ochotnik Żelezny. Było to jeszcze na długo przed tą wojną i
staliśmy w Koszarach Karlińskich, a tam był oberstem niejaki Flieder von
Bumerang czy tak jakoś.
Porucznik Lukasz mimo woli
uśmiechnął się słysząc oryginalne nazwisko, a Szwejk szybko opowiadał dalej:
– Posłusznie melduję, panie
oberlejtnant, że ten nasz oberst był dużo niższy od pana, nosił brodę a la
książę Lobkowitz, tak że bardzo był podobny do małpy, a gdy się rozzłościł, to
skakał dwa razy wyżej niż wynosił jego wzrost, więc wszyscy nazywali go kauczukowym
dziadygą. Był wtedy jakiś pierwszy maj, a my mieliśmy ostre pogotowie, zaś ten
pułkownik w wigilię tego dnia wygłosił do nas wielką mowę, że niby dlatego mamy
jutro siedzieć wszyscy w koszarach i nie wychodzić na miasto, żebyśmy w razie
potrzeby na najwyższy rozkaz całą tę socjalistyczną bandę mogli powystrzelać.
Tak samo więc, jeśli który żołnierz ma dzisiaj wychodne, a nie wróci na czas i
zasiedzi się na mieście aż do dnia następnego, to taki jest zdrajcą ojczyzny,
bo jak się porządnie upije, to nie trafi w żadnego socjalistę, i przy salwach
będzie strzelał w powietrze. Więc ten jednoroczniak Żelezny wrócił do izby i
powiada, że kauczukowy dziadyga zrobił jednak dobrze, że zwrócił uwagę na dzień
jutrzejszy. „Nikogo – powiada – do koszar i tak nie wpuszczą, więc najlepiej
nie wracać.” Posłusznie melduję, panie oberlejtnant, że jak powiedział, tak też
zrobił. Ale ten oberst Flieder to był znowuż drań nie byle jaki, Panie, świeć
nad jego duszą, więc nazajutrz łaził po Pradze i rozglądał się, czy nie zobaczy
kogo z naszego pułku, kto się odważył przekroczyć jego nakaz. Koło Bramy
Prochowej spotkał naszego jednoroczniaka i zaraz na niego z wielkim krzykiem:
„Ja ci dam, ja cię nauczę, popamiętasz!” Nagadał mu w tym guście jeszcze
więcej, zabrał go z sobą i wlecze do koszar, a po drodze urąga mu brzydko i
ciągle go się pyta o nazwisko. „Sielesny, Sielesny, ty się teraz posrać, ja
kontent że złapać ciebie, ja tobie pokazać den ersten Mai! Sielesny, Sielesny,
ty już mój, ja cię wsadzić do aresztu, tsimać w areszt!” Żeleznemu już było
wszystko jedno. Więc gdy szli przez Porzecze koło piwiarni Rozvarzilów, Żelezny
skoczył w bramę, znikł jak kamfora i popsuł dziadydze uciechę osadzenia go w
areszcie. Pana obersta tak to rozsierdziło, iż mu ten delikwent zwiał, że ze
złości zapomniał na dobre jego jego nazwiska. Pomieszało mu się w głowie i gdy
przybył do koszar, to zaczął skakać aż pod sufit i wrzeszczał, zaś oficer
dyżurny nie wiedział, dlaczego to kauczukowy dziadyga zaczął raptem mówić
łamaną czeszczyzną: „Miedziany aresztować, nie Miedziany, Ołowiany aresztować,
Cynowy!” I tak się pan oberst męczył w dzień i ciągle pytał czy już aresztowali
Miedzianego, Ołowianego, Cynowego. Kazał nawet całemu pułkowi stanąć do
przeglądu, ale ponieważ było wiadomo o co chodzi, więc Żeleznego umieścili w
szpitalu, jako że był technikiem dentystycznym. Aż oto stała się rzecz taka:
jednemu z naszego pułku udało się przebić jakiegoś dragona w gospodzie „U
Bucków”, który to dragon chodził za jego dziewczyną. Cały pułk musiał stanąć do
przeglądu, nawet chorzy z lazaretu, kto był słaby tego dwaj koledzy
podtrzymywali. Musiał więc chcąc niechcąc pokazać się także Żelezny. I wtedy na
dziedzińcu czytali nam rozkaz do pułku, mniej więcej w ten sens, że dragoni to
także żołnierze i że nie należy przebijać ich bagnetem, dlatego że są to nasi
Kriegskameraden. Jeden z ochotników tłumaczył ten rozkaz, a nasz oberst
rozglądał się dokoła jak tygrys. Najprzód chodził przed frontem, potem poszedł
za szeregi i nagle odkrył Żeleznego, chłopa jak góra. Bardzo to, panie
oberlejtnant, było komiczne, gdy go wciągnął do środka czworoboku. Tamten
jednoroczny ochotnik przestał tłumaczyć rozkaz do pułku, a nasz pułkownik
zaczął skakać przed Żeleznym, jak nie przymierzając pies, gdy szczeka na
kobyłę, i ryczał: „Ty mi nie ucieknąć, ty się nie schować! Ty Sielesny,
Sielesny, ja furt mówić Miedziany, Ołowiany, Cynowy. A on jest Sielesny, ten
łobuz jest Sielesny, ja ci nauczyć, Olowiany! Cynowy! Miedziany! Du Mistvieh!
Du Schwein! Du Sielesny!” Potem wlepił mu za to miesiąc, ale po jakich dwóch
tygodniach zaczęły go boleć zęby, a on przypomniał sobie, że Żelezny jest
dentystą, więc z aresztu kazał go przyprowadzić do lazaretu, żeby mu wyrwał
ząb. Żelezny rwał mu ten ząb z pół godziny, tak że dziadygę musieli coś ze trzy
razy obmywać. Jakoś go to ułagodziło, tak że darował Żeleznemu dwa tygodnie
aresztu. Tak to bywa, panie oberlejtnant, gdy przełożony zapomni nazwiska
swego podwładnego. Ale podwładny nigdy nie powinien zapomnieć nazwiska swego
przełożonego, jak nas napominał pan oberst. I rzeczywiście, jeszcze po wielu
latach pamiętamy dobrze, że mieliśmy obersta Fliedera. Może ta opowieść była
przydługa, panie oberlejtnant.
– Wiecie, Szwejku –
odpowiedział porucznik Lukasz – że im dłużej słucham waszych opowiadań, tym
głębiej jestem przekonany, że nie macie szacunku dla swoich przełożonych.
Żołnierz nawet po wielu latach powinien o przełożonych swoich mówić z
szacunkiem i tylko dobrze.
Porucznik Lukasz zaczął
odzyskiwać dobry humor.
– Posłusznie melduję, panie
oberlejtnant – przerwał mu Szwejk i zaczął się tłumaczyć – przecież pan oberst Flieder już dawno
nie żyje, ale jeśli pan obertlejtnant sobie życzy, to mogę powiedzieć o nim
wiele dobrego. Bo on, panie oberlejtnant, był dla żołnierzy jak ten anioł. On
był taki poczciwy jak święty Marcin, który rozdawał biednym i głodnym ludziom
świętomarcińskie gęsi. Z pierwszym napotkanym żołnierzem dzielił się swoim
oficerskim obiadem, a gdy przejadły się nam knedle drożdżowe z powidłami, to
kazał nam dawać na obiad wieprzowy gulasz z kluskami kartoflanymi. Podczas manewrów
był uosobieniem dobroci dla nas wszystkich. Gdyśmy przybyli do Królewic
Dolnych, to wydał rozkaz, abyśmy wypili cały tamtejszy browar na jego koszt, a
na swoje imieniny albo urodziny kazał napiec zajęcy w śmietanie dla całego
pułku i do tego knedle z bułki. To był taki zacny człowiek, że razu pewnego,
panie oberlejtnant...
Porucznik Lukasz po
przyjacielsku trzepnął Szwejka przez ucho i rzekł:
– No idź już, stary
łobuzie, i przestań gadać.
– Zum Befehl, Herr
Oberleutnant!
Z „Przygód dobrego
wojaka Szwejka” Jarosława Haszka
(w tłumaczeniu Pawła Hulki–Laskowskiego)
Wydawnictwo „Śląsk”, 1970
|
|